Blitzkrieg VII - 18.09.2014

Data: 18 września 2014

Miejsce: Zmiana Klimatu, Białystok

Zagrali: Calm Hatchery, Vesania, Vader

Koncertowa kampania wrześniowa Vadera, pod oczywistą nazwą Blitzkrieg, od lat jest wydarzeniem, na które czekają rzesze fanów tej najważniejszej polskiej formacji deathmetalowej. Nic dziwnego, skoro Vader jest w swoim kraju gościem, rozbijając się po świecie, gdzie traktowany jest po królewsku. Każda wizyta Petera i spółki w Białymstoku jest wielkim świętem i przegapienie okazji zobaczenia tej trzydziestoletniej już hordy, choćby nawet dziesiąty raz, zwyczajnie nie przystoi.

 Na miejsce tegorocznej wizyty Vadera i jego supportów w stolicy Podlasia wybrano nieznany mi dotąd klub Zmiana Klimatu i był to dobry wybór. Miejsce przypadło mi do gustu klimatem, wystrojem, funkcjonalnością i akustyką. Pewnie nie raz jeszcze tam zagoszczę chociażby po to, żeby napić się litewskiego Svyturysa, którego jestem fanem. U wrót tego przybytku stawiłem się kilkanaście minut po godzinie osiemnastej, na którą wyznaczono otwarcie klubu. Wraz z upływem kolejnych minut, napływająca masowo rzesza ludzi wypełniała dość ciasno pomieszczenie przedsionka, zanim obsługa otworzyła część właściwą, z salą koncertową. Trwało to długo i koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem. Na zachodzie takie sytuacje po prostu się nie zdarzają. Na rozpoczęcie występu pierwszego z supportów nie trzeba było długo czekać. Calm Hatchery ze Słupska zaczęło z grubej rury, mimo, że na sali było jeszcze początkowo niewiele osób. Zaskoczyło mnie masywne brzmienie, świetne nagłośnienie, selektywne, mięsiste i czytelne. Gdy dodamy do tego moc samego zespołu i jego repertuaru, wychodzi nam prawdziwa bomba atomowa. Zespół zaprezentował obszerne fragmenty swojej najnowszej produkcji, czyli trzeciego już albumu Fading Reliefs, który kilka dni wcześniej miał swoją premierę. Znam wcześniejsze dokonania Calm Hatchery i czuję w kościach, że ten album może być ich najlepszym. Na scenie zaskoczył mnie przede wszystkim wokalista - niewysoki, drobny, ale z potężnym gardłem. Jego ruch sceniczny z początku wywoływał uśmieszki, ale z czasem stał się integralną częścią tego występu. Marcin Szczepański tańczył niczym na koncercie reggae, klękał, wykonywał ruchy, które skojarzyły mi się od razu z Tong Po z kultowego filmu „Kickboxer” z Jean-Claude Van Dammem. Na zakończenie występu na dodatek wspiął się na barierki i skoczył w tłum, by przez chwilę unosić się na jego rękach. Zaraz potem zespół pożegnał się i zszedł ze sceny po bardzo dobrym występie, który rozbudził apetyt na jeszcze więcej.

Przed występem kolejnego uczestnika, czyli naszpikowanej „gwiazdami” Vesanii, trzeba było zaczerpnąć świeżego powietrza, przywitać znajomych, zamienić z każdym kilka zdań. W sumie, twórczość tej ekipy, na czele której stoi Orion znany głównie z Behemoth, kompletnie mnie nie interesuje, więc przerwa przedłużyła się obejmując mniej więcej połowę koncertu. Po powrocie okazało się, że Vesania robi na scenie niezłe zamieszanie. Oczywiście muzycznie to totalnie nie moja bajka, ale wrażenie robiła cała otoczka. Panowie zafundowali trochę teatru z makijażami, strojami i rekwizytami na scenie oraz odgrywaniem scenek, jak np. ta, kiedy Heinrich wykonuje na Orionie egzekucję strzałem w głowę. Co z tego, skoro nie idzie to w parze z nieciekawą (dla mnie) muzyką. Ja nerwowo zerkałem więc na zegarek i wyczekiwałem końca tego przedstawienia, by wreszcie zająć dogodne miejsce gdzieś przy barierkach w oczekiwaniu na gwóźdź programu.

Na gwiazdę wieczoru przyszło nam jednak jeszcze trochę poczekać. Według rozkładu jazdy Vader miał wkroczyć na scenę o 21.15, ale spóźnił się dokładnie pół godziny. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Vader to Vader, na nich można poczekać. Kiedy wreszcie się zaczęło, otwarły się bramy piekieł. Doskonałe brzmienie i doskonałą energia. Widziałem Vader na żywo już kilkukrotnie, ale tego wieczora po raz pierwszy widziałem takie efekty jak miotacze ognia pod sceną i barierkami, od których gorąco robiło się kilka metrów dalej oraz rynny pełne ognia na głośnikach na scenie, po obu stronach zestawu perkusyjnego Jamesa Stewarta. Praktycznie od początku piekło rozpętało się także pod sceną. Do boju ruszyła stara gwardia tłukąc się między sobą niemiłosiernie. Vader z każdym numerem dorzucał jeszcze do pieca, a mieszanie numerów z najnowszej, wydanej w tym roku płyty Tibi Et Igni, która jest moim zdaniem najlepszą od lat, z klasykami było strzałem w dziesiątkę. I tak obok petard typu Go to hell, thrashowego Triumph of Death czy Hexenhessel z niemal musicalową melodią poleciały: mój ulubiony Silent Empire, Carnal, Blood Of Kingu czy Dark Age. Nie zabrakło przeglądu przez kilka innych albumów, np. poprzedniej za sprawą Return to the Morbid Reich. Repertuar dobrany był tak, by zadowolić każdego, chociaż kilku numerów, na które czekałem, zabrakło. Nic to jednak, kiedy Vader każdym kolejnym kawałkiem otwierał wrota piekieł, a Peter tryskał energią jakby był na początku swojej muzycznej drogi. Warto wspomnieć o nowym image’u zespołu, czyli skórzanych „mundurkach”, znanych już z sesji zdjęciowej do nowej płyty. To dzieło firmy Thunderball Clothing, za którą stoi Marta Gabriel z Crystal Viper. To ona projektuje i wykonuje na specjalne zamówienia te cudeńka. Prezentują się na scenie znakomicie.

Koncert trwał sobie w najlepsze, aż do pierwszego zejścia. Publika nie dała jednak zespołowi zbyt wiele czasu na odpoczynek i już po chwili Vader pojawił się ponownie, by zagrać chyba trzy numery i zejść po raz drugi. Wrócił jeszcze dwukrotnie, o ile mnie pamięć nie myli, serwując m.in. mój ulubiony kawałek z najnowszej płyty, tj. The End. Na pożegnanie poleciał zabawowy Necropolis, który pojawił się na edycji specjalnej Tibi Et Igni z polskim tekstem, będący ukłonem w stronę klasyki hard rocka i heavy metalu. Po nim panowie zeszli ze sceny do ludzi, by uściskać się z nimi i przybić piątki. Więcej powrotów nie było, a gdy z głośników poleciał znany z „Gwiezdnych Wojen” motyw, publika zaczęła opuszczać salę.

Różnie bywało między nami - między mną i zespołem. Sentyment jednak jest tak dziwnym zjawiskiem, że za każdym razem, gdy nadarza się okazja by ponownie zobaczyć Vader na scenie, nie mogę takiej okazji przepuścić. Zespół jest ciągle w formie i to zarówno koncertowej jak i kompozytorskiej, bo ostatnia płyta jest na tyle dobra, że pozwala sądzić, iż w Peterze drzemią chyba niewyczerpane pokłady dobrych pomysłów. Oby korzystał z nich jak najdłużej.


Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com