Brutal East Festival vol. 6.66 - 11.10.2014

Data: 11 października 2014

Miejsce: Kawiarnia FAMA, Białystok

Zagrali: INCARNAL, ENFEEBLEMENT, INCARNATED, BESATT, FURIA

Szósta edycja festiwalu Brutal East, w raz z jej dwiema szóstkami po przecinku, przeszła do historii. Kilka dni po zakończeniu imprezy, analizując ją już na zimno, mam wiele przemyśleń i trzy konkretne wnioski. Po pierwsze: skład kapel, które deptały dechy sceniczne, był chyba najsilniejszy z dotychczasowych (w kolejności: Incarnal. Enfeeblement, Incarnated, Besatt i Furia), a zaserwowane połączenie świeżej krwi z doświadczeniem weteranów było naprawdę wyborne, po drugie: zajebiście, że taka impreza w ogóle się odbywa, po trzecie, najważniejsze i wynikające z poprzednich: metal wcale nie jest w odwrocie i ma się doskonale, a malkontenci niech sobie szczekają.

 

 

 

Tak, tak to już szósta odsłona największego, jak podają organizatorzy, festiwalu muzyki brutalnej na wschód od Wisły. Każdy, kto śledził zapowiedzi, był ostrzegany, że tym razem będzie naprawdę ostro i niezwykle. Złowieszcza symbolika cyfry sześć nie mogła zostać niezauważona, dlatego też mocniej niż zwykle swoje piętno odcisnął Black Metal i to w jak doskonały sposób. Ale od początku... Tym razem organizatorzy ogłosili, że zmianie uległ klucz doboru wykonawców i uwagę ich skupiają kapele, które mają doświadczenie zarówno w studio, jak i na scenie. Na tej podstawie wyłoniono pięć kapel, a raczej pięć pocisków artyleryjskich, które bez zbędnego stękania 11.10.14 rozjebały białostocką Famę.

Jako pierwszy na dechach pojawił się Incarnal z Puław. To Death Metalowe komando, które jest doskonałym zespołem na otwarcie. Wiadomo, ciężko jest grać na początku, a bo to jeszcze jasno, ludzie się dopiero schodzą, a jak już przylazą to zamiast pod scenę, idą do baru albo stoją przed klubem i palą, tudzież kupują kwiatki. Jednak chłopy z Incarnal się tym wcale nie przejęli i bez zbędnych ceregieli zaczęli grać. I bardzo dobrze, bo granie, a raczej łojenie to coś, co wychodzi im naprawdę ciekawie. Metal w ich wykonaniu wali prosto w pysk i nie patrzy, czy bolało. Panowie, mimo młodego wieku i niewielkiego stażu, na scenie czują się bardzo swobodnie, a dzięki temu też ich granie ma w sobie sporo energii. Jeśli dodać frontmana, który momentalnie złapał kontakt z publiką i pokazał, że jego gardło zdolne jest do wielu rzeczy, otrzymuje się naprawdę sprawnie grający zespół, który nie tylko otworzył koncert, ale zwyczajnie porwał ludzi. Tak więc wielkie brawa.

Następnie przyszedł czas na przedstawiciela naszego podwórka, czyli Enfeeblement. I znowu publika dostała konkretny strzał ze sceny, który naprawdę może się podobać. Muza zespołu to dość techniczny death metal ze sporą ilością połamańców. Brzmi zniechęcająco? Absolutnie nie w tym przypadku. Enfeeblement zachowuje bezpieczne propocje pomiędzy ostrą jazdą i groovem, dzięki temu gra muzykę, a nie jakieś techniczne wygibasy, które nie mają ładu i składu. Tu utwory, mimo wielu urozmaiceń, nie rozjeżdżają się, a kolejne motywy są logicznym rozwinięciem poprzednich. Warto też napisać o warsztacie muzyków, który jest naprawdę na przyzwoitym poziomie. Dzięki temu ich koncert nie polegał na płochliwym wpatrywaniu się w ręce na gryfach, a bardziej już czerpaniu radości z grania muzyki, która udzieliła się również publiczności. Ostatecznie kontakt pomiędzy obiema stronami barykady przerodził się w luźny dialog, przerywany co jakiś czas skandowaniem "Mrówa solo!", ale niestety Mrówa był nieubłagany i sola nie było. Był za to naprawdę świetny występ, w którym nie brakowało mocy, szybkości i techniki, a w tej muzyce to chyba najważniejsze, szczególnie, jeśli jest wyważone, a tu jak najbardziej było. Tak więc Stania, wspomniany już Mrówa i reszta ekipy jak najbardziej zasługują na uwagę.

Następny w kolejce był białostocki Incarnated. Kapela, do której mam ogromny szacunek i uważam, że powinna dzielić sceny z największymi tuzami gatunku. Siła i determinacja Pierścienia są naprawdę godne podziwu i nawet jeśli nie jestem maniakiem ich dźwięków to zawsze będę uważał ich za jeden z najważniejszych zespołów z Białegostoku. Ale, nie o tym tu miało być. Incarnated bardzo sprawnie wszedł na scenę i się dostroił. Już wszystko było gotowe i właśnie wtedy Pierścień uderzył się w głośnik i rozciął sobie głowę. Bardzo niefortunne wydarzenie, szczególnie, że do zagrania jest jeszcze cały set, a wszyscy wiedzą, że Incarnated nie gra harcerskich ballad, więc raczej spokój i statyczność nie wchodziły w grę. Ale... Gore to Gore i rozbity łeb nie mógł przeszkodzić, a kto wie, może wręcz pomógł? W każdym razie koncert odbył się zgodnie z planem, a publika otrzymała to, na co czekała. Wielu może dziwić osobliwość kapeli, która jest tercetem i gra bez basu. Czy to przeszkadza? Do zagrania koncertu absolutnie! Do uzyskania selektywnego brzmienia może trochę, ale przecież Death/Grind nie należy do gatunków, których brzmienie musi być sterylne. Tak więc chyba nikomu nie przeszkadzało, że grają dwa wiosła, wokal i gary, szczególnie że struny cięły niczym brzytwy, a blasty miażdżyły uszy zgromadzonej gawiedzi. Tak więc Pierścienie, jak zwykle nie zawiodły.

Wraz z zakończeniem występu Incarnated nadszedł czas na odzwierciedlenie trzech szóstek w dźwiękach, czyli Black Metal. Ten gatunek reprezentowały dwie zasłużone hordy ze Śląska. Pierwszą z nich był Besatt. Zespół w wielu kręgach kultowy i szanowany. Ekipa Beldaroha od wielu lat konsekwentnie dzierży czarny sztandar, co jakiś czas uraczając swoich fanów nowym albumem. Występ na Brutal East Festival łączył się z promocją dziewiątej płyty zespołu, zatytułowanej "Nine Sins". Besatt to zespół ideologicznie zaangażowany, manifestujący swoje poglądy, które skupiają się na ścieżce lewej ręki. To kapela, której koncerty zawsze mają odpowiednią oprawę wizualną. W Białym było podobnie: pełne makijaże, krew, skóry, łańcuchy i mnich, który przez cały czas trwania koncertu okadzał scenę i ludzi skupionych pod nią. Fakt, takie przygotowanie wymaga czasu, w związku z tym trzeba było chwilę poczekać, aż muzycy pojawią się na scenie. Ale warto było, bowiem Besatt obrócił wszystko w proch i jeńców nie wziął. Koncert był mega intensywny i po obu stronach sceny wytoczył hektolitry potu. Brzmienie miażdżyło, co prawda były momenty, kiedy się niebezpiecznie zlewało w nieczytelną ścianę, ale to Black Metal proszę Państwa, więc nie ma co marudzić. Za to poziom siarki, ognia i zniszczenia momentami przekraczał wszelkie normy. Nieco ponad dwa lata temu Bledaroh całkowicie wymienił skład towarzyszących mu muzyków i była to doskonała decyzja. Zespół na scenie tworzy bluźnierczy monolit, którego nikt i nic nie jest w stanie zatrzymać. Bardzo ciepło trzeba wyrazić się też o setliście, która była przekrojem przez niemal całą twórczość zespołu. Na początek poszły na przemian numery z przedostatniej płyty "Tempus Apocalypsis" i najnowszej "Nine Sins". Potem były kawałki z "Demonicon" i "Black Mass", "Blood of My Enemies" z niedocenianej "Triumph of the Antichrist", aby wreszcie pogrzebać w historii i wytoczyć takie działa jak "Baphomet" i, zagrany z prędkością huraganu "Ave Master Lucifer" z płyty "Hellstorm". Na koniec Beldaroh zapowiedział "Mad Minds" z drugiego albumu pt. "Hail Lucifer" i na tym miał być koniec. Miał, ale publika ani myślała wypuścić zespół ze sceny i głośno domagała się bisu. Tak oto doczekaliśmy się "Suicidal Ritual" z "Black Mass", który to jest jednym z najlepszych numerów Besatt, przynajmniej moim zdaniem. Po tym utworze zespół zszedł ze sceny, ustępując tym samym miejsca Furii.

Ostatni zespół był dla mnie pewną zagadką. Każdy, kto choć trochę czai muzę Furii doskonale wie, że nie jest to prosta sztuka. Zastanawiałem się, jak to wszystko zabrzmi na żywo. A zabrzmiało naprawdę niesamowicie! Zespół pojawił się w skromnych makijażach i po prostu zaczął grać. Nie było żadnych powitań, przymilania itp. Powitaniem, treścią i kwintesencją była muza – trudna, wymagająca, ale jakże intrygująca. Furia tworzy niepowtarzalny klimat, który udziela się odbiorcy i hipnotyzuje. Chaos zawarty w tych dźwiękach ma swoją metodę. Wszelkie zwolnienia, pauzy, strunowe plamy, które co jakiś czas są przeplatane blastami i gitarowym płaczem wiążą się w jakąś psychotyczną opowieść o niebycie. Do tego trzeba dodać osobę Nihila, który snuł się po scenie, jak nawiedzony i z chorą pasją wyśpiewywał swoje szepto-krzyki. Reszta muzyków była raczej statyczna, ale w żadnym wypadku nie psuło to nastroju. Muzyka Furii ma w sobie dużo zmian tempa, wyciszeń i uderzeń. Trzeba być naprawdę zgranym i panować nad instrumentem, żeby się nie pomylić, tak więc brawa dla muzyków. Dla mnie ciekawostką był Artur Rumiński, drugi gitarzysta koncertowy, który na co dzień gra we własnym Thaw. Dokładnie rok wcześniej właśnie ten Pan zawitał do Białego i również w Famie zagrał sztukę z post rockowym Tides From Nebula, jako muzyk sesyjny. Furia natomiast była w przededniu swojej czwartej płyty pt. "Nocel", z której zagrała kilka utworów ("Opętaniec", "Zamawianie drugie", "Ogromna noc"). Nie mogło zabraknąć też kawałków starszych, a wśród nich klasyków, jak np. "Kosi ta śmierć", przy której tłum zaczął ostro szaleć. Po nieco ponad godzinie grania Nihil bez słowa zdjął gitarę i opuścił scenę, a za nim reszta zespołu. W ten sposób szósta, bardzo udana, edycja Brutala przeszła do historii.

W tym momencie wypadałoby kończyć, ale chcę napisać kilka słów o jeszcze jednym zespole. Chodzi oczywiście o ekipę Brutal East z Johnym i Pielą na czele. O nich w żadnym wypadku nie można zapomnieć, bo to przecież główni sprawcy całego zamieszania. Tu należą się szczere gratulacje i respekt za siły i upór w realizacji tego projektu. Wiecie łobuzy, na koncert każdy z nas bardzo lubi przyjść. Można spotkać znajomych, wychylić browara i posłuchać muzy. Można się powkurwiać, jak dochodzi do jakichś opóźnień, a po zakończeniu zabrać dupę w garść i iść do domu. Przez ten cały czas nikt zapewne nie pomyśli, ile czasu, pracy i wysiłku kosztuje organizacja takiego przedsięwzięcia. Ja też do końca nie wiem, bo nigdy nie organizowałem, ale mogę się domyślać. Ile trzeba się nastarać, żeby występującym zespołom zapewnić kąt na złożenie gratów, ciepłą paszę i godziwe warunki do zagrania koncertu. A tu wszystko było dopięte na ostatni guzik i żaden zespół na nic nie narzekał. Tak więc szacun dla organizatora, bo udowadnia, że nawet w Białym można zrobić świetny koncert, który stanie się wydarzeniem cyklicznym, skupi masę ludzi i zagrają na nim naprawdę wielkie zespoły. Oby tak dalej! Szczególnie, że za organizacją koncertów w Białymstoku przemawia jeszcze jeden argument. W trakcie trwania Brutal East rozwaliliśmy w nogę Niemców 2:0. Wcześniej, w trakcie koncertu Vader na Blitzkriegu, rozwaliliśmy w siatę Rosjan. Tak więc bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że metalowe sztuki w Białymstoku mają bezpośrednie przełożenie na sukcesy naszych sportowców, i tak trzymać! Do zobaczenia na Brutalu numer siedem.

Autor: "..."

© Brutaleast | Design by: LernVid.com