Metal Blackfest - 01.10.2011

Kategoria: relacje
Utworzono: niedziela, 02, październik 2011 19:34
Atrej

 

 

 

 

 

 Pewien słynny Czesław śpiewał kiedyś, że mimozami jesień się  zaczyna. Jednak u nas (na wschodzie) zaczęła się ona porcją  solidnej, metalowej ofensywy koncertowej. Na pierwszy dzień października zaplanowano nie lada gratkę dla spragnionych metalowych dźwięków. Czarna Białostocka nie od dziś działa na polu organizacji ciekawych imprez, więc i tym razem musiało być podobnie. Koncert pod hasłem „Metal Blackfest” ściągnął do tego niewielkiego miasteczka sporą grupkę słuchaczy i to sporo bardzo młodych słuchaczy, co cieszy i daje nadzieję na przyszłość.

 

Na deskach Domu Kultury stanąć miały cztery formacje, z których każda prezentuje inną nieco dziedzinę metalowej muzyki, co zadowolić powinno nawet najbardziej wybrednych. Na pierwszy ogień miał początkowo iść ełcki Alcoholic Disaster, grający solidny thrash metal podszyty death metalem, jedna z różnych względów musiał zrezygnować, a na jego miejsce wskoczył moniecki Lollipop, co początkowo niespecjalnie mnie ucieszyło, ale ostatecznie nie było wcale tak źle. 

Kapela twierdzi, że gra coś w stylu hard core’a i nu-metalu, co z oczywistych względów bardzo mnie do ich występu zniechęciło, bo na nu-metal jestem uczulony. Kiedy poleciały pierwsze dźwięki i kolejne numery, okazało się, że z typowym nu-metalem Lollipop ma tak naprawdę niewiele wspólnego. Było za to dość przyjemne połączenie stylu, jaki prezentuje chociażby Soulfly z domieszką czegoś a’la Slipknot, a do tego wokalista zachowujący się na scenie jak nie przymierzając Phil Anselmo z wiadomej kapeli. Nie powiem, żebym był zachwycony, ale parę kawałków było dość ciekawych. Szczególne wyrazy uznania dla perkusisty, udzielającego się m.in. w Effect Murder i Nammoth, za odnalezienie się również w takiej stylistyce. Bębny były zdecydowanie najmocniejszym punktem programu, jaki przewidział na ten wieczór Lollipop. Najważniejsze, że moda część publiki była koncertem ukontentowana, reagując na występ na „lizaki” bardzo żywiołowo. Ja czekałem już na występ gospodarzy, czyli młodego, ale jakże obiecującego Northern Plague, który może na scenie lokalnej (i nie tylko, bo koncertują już z naprawdę „dużymi” nazwami) sporo osiągnąć. 

Występ młodych chłopaków nastawiony był na klimat i stopniowe budowanie napięcia. Zresztą muzyka zawarta na debiutanckiej EPce Northernów jest bardzo klimatyczna, więc i cała otoczka ich show nie mogła być inna. Black/death metal w ich wykonaniu to bardzo sprawnie zagrana muza oparta na solidnych, technicznych fundamentach. Ten występ dał chłopakom z pewnością wiele energii na kolejne występy, bo publika pod sceną wręcz oszalała. Wspominałem już kiedyś, że bardzo podoba mi się profesjonalne podejście do bycia zespołem i pokazywania się ludziom, co przekłada się także na występy na żywo właśnie, które są rzeczywistym sprawdzianem tego profesjonalizmu. Northern Plague radzi sobie z tym doskonale i jestem spokojny o ich przyszłość. Na tym gigu zagrali całkiem obszerny set, który obejmował także numery z EPki, a na deser, dla najbardziej wytrwałych znalazł się i cover w postacie nieśmiertelnego „Carnala” z repertuaru zespołu, którego przedstawiać nikomu nie muszę. Bardzo solidna dawka dzikiej, młodzieńczej energii połączonej z muzyczną dojrzałością. 

Po młodzieży nadszedł czas na nieco starszych i bardziej doświadczonych jegomościów z białostockiego Cinis, który swego czasu sporo namieszał i zdobył już pewne powszechne uznanie, by po jakimś czasie zniknąć. Nadszedł wreszcie czas odrodzenia i oto kapela w nieco odmienionym składzie, z nowym, kapitalnym wokalistą wraca do koncertowania i miejmy nadzieję, także tworzenia kawałków na nowy materiał. Od początku, zanim jeszcze występ się zaczął było wiadomo, że nie będzie litości i nie myliłem się. Można powiedzieć wprost, ze Cinis zwyczajnie zamordował! Wszystko było idealne, od brzmienia zaczynając (brawa dla dźwiękowców, którzy tutaj naprawdę dali popis), a na reakcji publiki kończąc. Co prawda ta najbardziej aktywna, nastoletnia część publiki tym razem nieco odpuściła opętańcze podrygi, ale to zrozumiałe. Miejsce pod sceną zajął i siał spustoszenie basista Sinful Souls i jak podejrzewam, nikt nie chciał stracić zębów ;) Szaleństwu nie było końca, więc zespół na scenie nie pozostawał dłużny. Każdy kolejny numer był jak czołg i miażdżył dosłownie każdego. Nowy wokalista sprawdził się idealnie. Doskonały warsztat i umiejętność modulowania głosu, oczywiście w miarę możliwości, jakie daje death metal. Trochę przypomina mi Corpsegrindera z Cannibal Corpse. Świetna praca bębniarza, który tego wieczoru nie miał sobie równych. Cinis był zdecydowanie niekwestionowaną gwiazdą. Masakra i totalne zniszczenie! Z niecierpliwością czekam na jakiś nowy materiał. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, więc miałem obawy, czy na ostatnim Escape From ktoś jeszcze zostanie i czy ktokolwiek będzie miał siłę na więcej. 

Piątka facetów ze Świecia nie miała łatwego zadania. Trudno było zagrać jeszcze lepiej niż poprzednicy i zachęcić publikę do aktywniejszego udziału w tym show. Częściowo się udało, bo po pierwszych dźwiękach zaciekawieni ludzie zaczęli ponownie zbierać się na sali po przerwie na oddech. Zespół ma na swoim koncie demo z 2007 roku i EPkę z 2009 roku i to kawałki z tego krążka były chyba najlepszymi w ich występie. Wszystko było niby ok, zespół starał się jak mógł, nagłośnienie było w porządku, tylko zabrakło czegoś, co by przykuło uwagę. Zespół jest dobry, tylko miał tego pecha, że grał po faktycznej gwieździe wieczoru, więc z miejsca stał na przegranej pozycji. Ja patrzyłem na ten występ i słuchałem go bez większych emocji, dlatego też nie czekając na zakończenie opuściłem ten przybytek, zadowolony jednak z całego wieczoru. Jak to dobrze, że są w naszym regionie ludzie, którym chce się jeszcze organizować takie koncerty i ludzie, którym chce się te koncerty grać, bo sytuacja na rynku jest jednak dość ciężka. Czarna Białostocka ze swoją publiką stanęła na wysokości zadania, więc czekam na kolejny, równie dobry koncert.

Atrej