Three Crowns - relacja

Kategoria: relacje
Utworzono: sobota, 10, marzec 2012 14:51
Atrej

 

  

Data: 07.03.2012

Miejsce: Białystok, Tawerna „Trzy Korony”

Zagrali: Othermind, In Extremis, Parricide

Organizowanie koncertu, na dodatek koncertu metalowego w środku tygodnia pracy, w niewielkiej knajpce, to spore ryzyko. Wiadomo, na gwiazdę światowego formatu na stadion zawsze przyjdzie komplet, ale mała knajpka? To musi być niewypał. Okazuje się jednak, że wcale niekoniecznie. Kto miał przyjemność stawić się 7 marca do białostockich „Trzech Koron”, z pewnością przecierał oczy ze zdumienia. W ten właśnie zimny, środowy wieczór na scenie pojawić się miały trzy formacje, prezentujące odmienne muzycznie stylistyki. Mało tego, że się pojawiły i zagrały... dawno nie widziałem takiej zadymy na tak małej powierzchni. Frekwencja przerosła oczekiwania wszystkich, co dowodzi jedynie, że dobre kapele, grające dobrą muzykę, zawsze znajdą posłuch i wyciągną z domów najbardziej leniwych. 

W „Trzech Koronach” byłem po raz pierwszy i stwierdzić muszę, że wizualnie tak z zewnątrz, jak i w środku, nie jest to lokal zachęcający do odwiedzania, jednak jest w nim coś, co sprawia, że czas tam spędzony upływa w swojskiej atmosferze. Rzekłbym, że miejsce ma klimat. Jaki by ten klimat jednak nie był, to na koncert Othermind, In Extremis i Parricide stawiła się dość liczna publika. Na pierwszy ogień poszedł pochodzący z Białegostoku i okolic Othermind, dla którego ten koncert był wyjątkowy z racji premiery debiutanckiej płyty „Initium”. Przyznać muszę, że nastawienie miałem raczej średnio entuzjastyczne, bo miłośnikiem takiej muzyki nie jestem. A jaka to muzyka? Othermind zaserwował zgromadzonym solidną porcję bardzo energetycznej mieszanki metalu z hard corem, z dużą dawką brutalnych, wręcz deathmetalowych dźwięków, czyli jak to się ładnie i prosto określa – deathcore. Od początku było grubo i od początku część publiki dawała o sobie znać. Bardzo fajna energia, groove i konkretny przekaz, z miejsca zaskarbiły sobie także moje uznanie, więc zweryfikowałem nieco opinię o zespole. Zdecydowanie zyskuje on w konfrontacji na żywo. Postacią wiodącą jest wokalista Kret o niespożytych pokładach energii, którą potrafi przelać na zgromadzonych pod sceną. Reszta zespołu raczej statycznie, ale też miejsca nie było za wiele na uskutecznienie jakiegoś ruchu scenicznego. Zespół zaprezentował przekrój przez swój dorobek z naciskiem na kawałki z płyty (chociaż pewności nie mam), a ja dostałem nauczkę, by nie oceniać niczego pochopnie. 

Druga z kolei tego wieczora była znana od lat, doświadczona formacja In Extremis, na którą głównie się nastawiałem. Zespół w ostatnim czasie milczał dość długo i zastanawiałem się nawet, czy jest jeszcze w ogóle aktywny. Jak się okazuje jest i przygotowuje nowy materiał, który we fragmentach został również na koncercie zaprezentowany. In Extremis tradycyjnie już, a miałem okazję widzieć ich kilkukrotnie, stworzył bardzo fajne, klimatyczne widowisko. Szybki, brutalny, ale zarazem i melodyjny death metal, łączył się z momentami nastrojowych zwolnień, więc było trochę „zwrotów akcji’. Wokalista i zarazem gitarzysta Maryo, z racji przywiązania do mikrofonu, trochę mniej żywiołowo prowokował publikę do aktywności, za to reszta ekipy to wszystko nadrabiała. Głowy, pióra i łokcie poszły w ruch. Jak dla mnie był to zdecydowanie najlepszy występ, może też z racji tego, że taka muzyka najbardziej mi odpowiada. W międzyczasie ktoś z publiki upadając odłączył głową aparaturę nagłośnieniową, więc emocji było sporo. Żałuję jedynie, że zabrakło świateł, które przy takiej muzyce dodatkowo budują klimat, a wyszło trochę surowo. Nic to jednak, forma koncertowa zespołu rekompensuje wszystko i wystarczy jedynie wyczekiwać nowego materiału, który według zapowiedzi zbliża się wielkimi krokami. 

Kiedy ostatnia kapela, a zarazem gwiazda wieczoru, czyli weterani sceny death/grind z Parricide weszli na deski, na sali zrobiło się ciasno i duszno. Zespół u schyłku minionego roku wydał już siódmy zdaje się pełny album, którego promocja ciągle trwa, a białostocki koncert otwierał kolejną objazdówkę zespołu po wschodnich rejonach Europy. Wszyscy w napięciu czekali na rozpoczęcie i sprawdzenie, jak rzeczywiście ta śmiercionośna maszynka sprawdzi się w konfrontacji twarzą w twarz. O ile mnie moi informatorzy i własne oczy nie mylą, to po raz kolejny zastąpiła zmiana na stanowisku wokalisty, ale to co (nowy?) frontman tego wieczora wyrabiał ze sobą, z publiką i z resztą składu Parricide trudne jest do opisania. Kto zbliżył się za mocno do sceny, a chciał w zadumie kontemplować twórczość zespołu, prędzej czy później musiał znaleźć się na podłodze zmasakrowany przez atakujący tłumek. Od pierwszego do ostatniego numeru publika szalała, naparzanie pięściami na oślep, kopanie i przewracanie to nic szczególnego dla miłośników takiej sztuki. Ja zdecydowanie wolę stać z boku i obserwować, zazdroszcząc odwagi tym, którzy znaleźli się w środku tej zawieruchy. Nie mam nadprogramowej ilości zębów, więc to nie moja bajka, ale większości zgromadzonych to właśnie występ Parricide z pewnością najmocniej zapadł w pamięć. Nie da się nie zauważyć, że zespół jest w pełni zawodowy, w końcu ponad dwadzieścia lat na scenie i multum koncertów robi swoje. Występ był dość krótki, ale bardzo intensywny, więc nikt nie mógł narzekać, kiedy ostatnie dźwięki wybrzmiały, a zespół z podziękowaniem zszedł ze sceny. 

I to tyle jeśli chodzi o ten wieczór. Przyznać muszę, że sądziłem iż koncert będzie niewypałem, że niewiele osób się zjawi, że pojedyncze osoby będą podpierały ściany. Jak bardzo się myliłem wiedzą wszyscy, którzy tam byli. Gratuluję sukcesu wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Widać i czuć, że białostocka i podlaska scena metalowa budzi się z długiego snu zimowego. To dobrze rokuje na przyszłość i mam nadzieję, że nie są to tylko przypadki, że faktycznie znowu ten młynek zaczyna się kręcić. Życzę tego sobie  i wszystkim, którym dobro tej sceny nie jest obojętne.

http://www.brutaleast.pl/index.php/galeria/gallery/8

Atrej