Back To The Black Tour - 21.12.2012 - CZARNA B.

 

Jak dziś pamiętam dzień, a właściwie wieczór, kiedy siedziałem w ławce kościelnej i nerwowo zerkałem na zegarek. Byłem w okresie przygotowań do sakramentu bierzmowania i niecierpliwe wyczekiwałem momentu zakończenia kolejnego spotkania z katechetką, by pobiec do pobliskiego sklepu muzycznego po kasetę wyczekiwaną od dłuższego czasu, bo akurat tego dnia miała być dostawa. Tuż przed zamknięciem dotarłem w końcu na miejsce i... czekała tam na mnie pachnąca świeżością, zafoliowana kaseta De Profundis uwielbianego przeze mnie w tamtym czasie Vader. Było to lat temu naście, ale do dziś jest to mój ulubiony album naszego najlepszego towaru eksportowego. Drugi w kolejności jest równie doskonały Black To The Blind, więc informację, że do Czarnej Białostockiej ma zawitać trasa, na której Vader przypomina ten właśnie album oraz wydawnictwo Sothis przyjąłem z wielką radością. Kiedy przyszedł wreszcie ten dzień, dzień wieszczonego przez proroków końca świata, od rana towarzyszyło mi uczucie dziwnego podniecenia. Nie był to mój pierwszy, ani też drugi koncert Vader, a jednak oczekiwałem go jak dzieciak prezentów pod choinką.

Cała impreza zacząć się miała o godzinie 19, więc na miejscu pojawiłem się razem z wesołą kompanią nieco wcześniej, by uniknąć stania na mrozie w oczekiwaniu na wejście. Jak się okazało, mimo sporej jak na Czarną frekwencji, wielkich tłumów nie było, co przy takiej nazwie jak Vader może nieco dziwić. Można to zrzucić na spory dość mróz i przygotowania do świąt, ale ci co nie byli, niech żałują, bo jest czego.

 Zaraz po wejściu do budynku, oko kusić zaczęło bogato wyposażone stoisko z merchem, ale to nie był dobry czas na robienie zakupów, więc szybko weszliśmy na salę, na której za jakiś czas pojawiło się paru znajomków, z którymi zamieniłem parę zdań, i od których dowiedziałem się, że ze składu kapel grających wypadł Adimiron, który na granicy Czeskiej miał nieprzyjemną przygodę. No trudno, przynajmniej gwiazda wieczoru wcześniej pojawi się na scenie i wcześniej będę mógł wrócić do domu, a czekało mnie bite 100 km nocnej jazdy. Trochę po godzinie 19, po krótkiej i sprawnej akcji dopinania ostatnich drobiazgów, na scenie zainstalował się miejscowy Northern Plague. Zespół jest już rozpoznawalny na ziemiach Podlasia, a także w kilku innych miejscach kraju, dzięki trasom takim jak ta, u boku tak doświadczonej formacji jak Vader, czy wcześniejszych występów chociażby z Decapitated i paroma innymi, znaczącymi na polskiej scenie.

 

Od samego początku Northern Plague uderzył z grubej rury i od samego początku pod sceną zaczęło wrzeć. Zgromadzona publika w większości obserwowała to, co dzieje się na scenie z pozycji statysty, ale nie brakowało też ludzi chętnych i skorych do zabawy. To chyba najlepiej odebrany przez publikę koncert zespołu, na którym byłem, a widziałem ich już kilka. Northern Plague osiągnęli już dość wysoki poziom zawodowstwa, jeśli chodzi o prezentację na scenie, kontakt z publiką i budowanie klimatu, co bardzo cieszy i pozwala sądzić, że dalsza kariera potoczy się już znacznie szybciej. Zespół zaprezentował chyba wszystkie utwory z EPki Blizzard Of The North (choć mogę się mylić) oraz numery nowe, nieznane mi wcześniej. Wszystkie spotkały się z ciepłym przyjęciem i żywiołowymi reakcjami, które utrudniały mi wręcz robienie zdjęć. No i tu dochodzimy do pewnego zgrzytu z ochroną w roli głównej. Zauważyłem, że za barierkami jest wydzielone spokojne miejsce, gdzie można by wejść i pstrykać foty, z którego już wcześniej jeden z fotografów postanowił skorzystać. Na moje pytanie o możliwość wpuszczenia mnie w to miejsce gburowaty ochroniarz stwierdził, że to tylko dla prasy. Na co odparłem, że właśnie dlatego chcę tam wejść, ale w odpowiedzi gość kazał mi się zwyczajnie, po chamsku wynosić. No cóż, geograficznie może i jesteśmy w Europie, ale do poziomu europejskiej kultury to takim sposobem nie dojdziemy zbyt szybko. Trudno, pozostało mi się przeciskać między ludźmi i uważać, by nie stracić oka, lub co gorsza aparatu. Koncert trwał w najlepsze, a na sali pojawiali się kolejni spragnieni ostrego łojenia. Northern Plague dawał z siebie wszystko i część publiki na pewno udało im się rozgrzać przed wejściem na deski mistrzów ceremonii.

 

Vader trochę długo kazał na siebie czekać, więc spokojnie można było wypić jakieś piwo i zdążyć je z siebie wylać. Po wszystkim jednak stwierdziłem, że za taki występ można było czekać znacznie dłużej. Kiedy scenę zalało jaskrawo niebieskie światło i za zestawem zasiadł bębniarz w osobie Jamesa Stewarda, zniecierpliwienie sięgnęło zenitu, ale już po chwili na scenę wkroczyli pozostali, czyli szalony Pająk, który ze swoją twarzą wyczyniał cuda, a dalej mózg kapeli Peter i „człowiek stąd” – basista Hal, dobrze znany białostockiej i okolicznej publiczności i dobry kumpel wielu spośród tych, którzy kłębili się pod sceną. Vader skupił się podczas tego występu faktycznie na wspomnianych wcześniej dwóch wydawnictwach, ale poprzeplatał je najlepszymi kawałkami z kilku innych płyt, tak więc obok gwoździ programu usłyszeć można było i fragment z najnowszego wydawnictwa, czyli Welcome To The Morbid Reich, Dark Age z debiutanckiego The Ultimate Incantations, ale też Revelations Of Black Moses z płyty Revelations, czy This Is The War z EPki The Art Of War. Mocnym punktem programu, w którym również ja zrezygnowałem z pstrykania fotek i uruchomiłem łepetynę, było doskonałe wykonanie nieśmiertelnego Raining Blood, który Vader gra od wielu już lat i wygląda na to, że robi to za każdym razem lepiej. Cały koncert był bardzo żywiołowy. Dużo ognia na scenie, zwłaszcza ze strony Pająka, który był najbardziej ruchliwy, a do tego robił tak genialne miny do publiki, że można by zrobić z nich niezłą galerię. Peter dość statycznie z racji przywiązania do mikrofonu, jednak co i rusz nawiązywał rozmowę z publiką, zachęcał do jeszcze szaleńczej zabawy i dziękował za okazane wsparcie. Atmosfera była bardzo domowa, można by rzec, więc nic dziwnego, że panowie czuli się jak u siebie w domu. To był bardzo długi koncert, przekrojowy, więc raczej nikt nie powinien czuć się zawiedziony, no może poza moim kumplem, który nie doczekał się zagrania Xepera, na którego mocno liczył. Może następnym razem. Nie obyło się oczywiście bez bisów, ale drugie zejście zespołu ze sceny oznaczało już definitywny koniec występu. Panowie wyszli jednak jeszcze raz, ładnie się ukłonili i podziękowali za doskonałe przyjęcie. Dla mnie był to zdecydowanie najlepszy występ Vader, na którym byłem, co dowodzi jedynie tego, że zespół im starszy, tym lepszy na żywo. Z płytami bywało różnie, raz lepiej, raz trochę gorzej, ale na żywo Vader jest nie do zajeżdżenia. Pozostało więc tylko zebrać manatki i spakować dupę do samochodu.

 

Na koniec wymieniłem odczucia z Bartkiem z Northern Plague, który powiedział mi jedną ciekawą rzecz. Otóż kiedy Peter wszedł na scenę i powitał publikę i Czarną Białostocką, był to moment, w którym Bartek poczuł, że dla tej jednej, krótkiej chwili warto było ściągnąć tu ten zespół. Wcale mu się nie dziwię. Przy okazji dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tym wielkim wydarzeniu i oby więcej takich, a nawet jeszcze lepszych imprez w przyszłym roku. Do zobaczenia!

Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com