13.10.2013 KAT - Białystok

Data: 13 października 2013

Miejsce: ACK Sepularium, Białystok

Zagrali: Dead Insemination, Pigface Beauty, Kat & Roman Kostrzewski

Rok 2013 jest dla mnie rokiem szczególnym. To właśnie w tym roku mija dwudziestolecie mojego trwania w metalu i na ten rok zaplanowałem sobie objazdową trasę koncertową z zespołami, które przez lata miały wpływ na kształtowanie mojego gustu muzycznego. Plan ten udaje mi się realizować sukcesywnie, począwszy od lutowej wizyty na germańskiej ziemi, a do końca roku jeszcze kilka ważnych wydarzeń przede mną. Jednym z przystanków na mojej trasie był koncert formacji Kat & Roman Kostrzewski, jednak będę posługiwał się nazwą Kat, bo właśnie ten jej odłam, z Romkiem u steru, traktuję jako jedyny słuszny. Koncert w Białymstoku był jednym z koncertów jubileuszowej trasy, na której zespół świętuje swoje 33. urodziny, więc przyjęcie musiało być królewskie i chyba takie było. Zanim jednak gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie wracającego do łask klubu ACK Sepularium, atmosferę podgrzały dwa supporty.


Z lekkim opóźnieniem na deskach zainstalowała się formacja Dead Insemination [Link], której dokonania znałem dotychczas fragmentarycznie i po zapoznaniu się z muzyką na żywo raczej tak zostanie. Zespół zaprezentował dużo hałasu, z którego dla mnie osobiście nic ciekawego nie wynikało. Warsztat mają chłopaki solidny, z instrumentami radzą sobie nieźle, ale ich muzyka jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Wszystkie kawałki brzmiały jak... jeden kawałek przerywany jedynie krótkimi pauzami. Nie potrafiłem wyłapać zbyt wielu ciekawych patentów gitarowych, chociaż muzycy dwoili się i troili na scenie, ani też zapamiętywalnych melodii, chociaż tych było sporo. Melodyjna odmiana death metalu, czy może deathcore'a, spotkała się jednak z dość ciepłym przyjęciem i pod sceną widać było grupę świetnie bawiących się osób, a o to przecież chodzi. Najmniej z całego składu przekonał mnie wokalista, który był strasznie monotonny. Reszta muzyków wypadła całkiem korzystnie, jednak dźwięki proponowane przez Dead Insemination to zupełnie nie moja bajka.

Inaczej było z kolejnym zespołem, składającym się z „gwiazd” Pigface Beauty [Link], który od kilku już lat konsekwentnie podąża drogą rock'n'rolla, chociaż w ich muzyce jest sporo z klasycznego heavy metalu czy im się to podoba czy nie. Mój pierwszy kontakt z kapelą miał miejsce w roku 2010 na festiwalu „Zgrzyty”, na którym z własnym zespołem również stanąłem do konkursu. Pigface Beauty pokazało wtedy wszystkim miejsce w szeregu i praktycznie tak im zostało do dziś. Wesoła ferajna muzyków związanych dawniej i/lub dziś z takimi kapelami jak Behemoth, Christ Agony, Abused Majesty, Devilish Impressions, Hellraizer i innymi, to zawodowcy i showmani w każdym calu. Prym, jeśli chodzi o robienie show, wiedzie wokalista Przemek, którego sceniczna energia robi ogromne wrażenie. Zespół rozpoczął tradycyjnie numerem Any Wicked Way, który jest chyba ich znakiem rozpoznawczym, a później było jeszcze lepiej. Pigface Beauty pracuje aktualnie nad pierwszą pełną płytą, której premiery wyglądam z niecierpliwością, więc takie występy, na dodatek przed legendą polskiego metalu, są jak wzięcie głębokiego oddechu i odpoczynek od pracy studyjnej, by zachować świeżość umysłu. Wszystkie zaprezentowane numery to przebojowe, nabuzowane testosteronem petardy idealnie nadające się na dobrą imprezę oraz do samotnych rajdów po bezdrożach. Muzyka Pigface Beauty pachnie „południem”, dobrą whisky i spalinami. Widać, że muzycy grają z sercem to co gra im w duszach, bawiąc się, żonglując zaskakującymi pomysłami i puszczając do słuchacza oko, a to udziela się otoczeniu. Jednym z takich momentów było brawurowe, acz ascetyczne wykonanie numeru Wicked Game Chrisa Isaaka, który znali chyba wszyscy zebrani na sali. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki gitar panowie ustąpili miejsca ekipie Kata, ale na jego występ przyszła nam jeszcze długo poczekać

Po krótkim zainstalowaniu sprzętu i ustawieniu instrumentów nastała długa cisza ze strony zespołu, co nie spodobało się zgromadzonemu tłumowi. Na domiar złego ekipa odpowiedzialna za dźwięk zakpiła sobie ze wszystkich wypełniając czas oczekiwania „hitami” zespołu Bracia Figo Fagot, Fasolki i innych, co z początku mogło być zabawne, jednak po chwili było już irytujące, a Kat nadal nie kwapił się do wejścia na scenę. Dało się słyszeć okrzyki „Gdzie jest Kat!?”, ale panowie nadal byli niewzruszeni. Po prawie czterdziestu minutach wreszcie coś się ruszyło i muzycy niespiesznie, powoli zajęli swoje miejsca i po krótkim przywitaniu poleciały pierwsze dźwięki klasyków z płyty 666 takie jak Czarne Zastępy i Diabelski Dom cz. I, które wprawiły mnie i wielu zgromadzonych w euforię, bo właśnie tych najstarszych, klasycznych numerów ja osobiście oczekiwałem. W dalszej kolejności była podróż w czasie do czasów płyty Bastard, a Roman zapowiedział, że będzie to koncert klasyków i staroci. Faktycznie, zabrzmiało wiele z kultowych już kawałków i tylko dwa z ostatniej, wydanej w 2011 roku niezłej płyty Biało - Czarna, tj. na wpół balladowy, najlepszy na płycie Wolni od Klęczenia oraz Maryja Omen. Publiczność najbardziej żywiołowo reagowała jednak na te najlepiej znane utwory, a było ich sporo, bo Kat grał bite dwie godziny. Takie kawałki jak Czas Zemsty, Masz mnie Wampirze, Łza dla cieniów minionych, Odi Profanum Vlgus czy Porwany obłędem z mojej ulubionej płyty Oddech Wymarłych Światów rozpętały czyste szaleństwo pod sceną. Wszyscy byli usatysfakcjonowani doborem utworów, a przynajmniej zdecydowana większość, bo ja osobiście czekałem na Wyrocznię i Głos z Ciemności, ale się nie doczekałem. Nacisk został położony głównie na płyty 666, z którego poleciały cztery kawałki, Bastard z liczną reprezentacją i ...Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach. Ballada Purpurowe Gody została chóralnie przez wszystkich odśpiewana, ale nie mogło być inaczej, gdyż ten utwór, mimo często wyśmiewanego tekstu, stanowi kanon polskiego metalu, zresztą jak większość utworów Kata. Dla zmiany klimatu dostaliśmy też Cmok Cmok, Mlask Mlask, czyli reprezentanta płyty Szydercze Zwierciadło - kolejny wyciskacz potu pod sceną. Na scenie również nie było statycznie. Roman w szczytowej formie prezentował swój osławiony taniec, jakby był porwany obłędem - chwile nie do podrobienia. Ja miałem ciary na plecach prawie przy każdym numerze, więc mimo braku faworytów jestem szczęśliwy. Szkoda, że po wybrzmieniu ostatniego regulaminowego kawałka zespół nie wyszedł na bis. Może oczekiwali panowie chóralnie odśpiewanego Sto lat, wszak koncert był urodzinowy, a może byli zmęczeni, a może im się nie chciało. Trudno wyrokować. Fakt faktem, że koncert był bardzo udany i zgrzeszyłbym, gdybym twierdził inaczej, nawet mimo długiego czasu oczekiwania. Kolejny koncert kapeli dla mnie ważnej odhaczony w kapowniku, więc czas ruszać dalej.

Na koniec jeszcze mała dygresja - wiele osób twierdzi, zresztą niby słusznie, że to Piotr Luczyk jest filarem Kata, wszak on go zakładał i odpowiadał za muzykę, ale bez charyzmy, tekstów i wokalu Romka nie osiągnąłby z pewnością takiego sukcesu, czego dowodzi to, iż ekipa Romana ciągle działa i przyciąga na koncerty tłumy, a Piotr Luczyk jest smutnym starszym panem z przerostem ego. Umarł Kat, niech żyje Kat!


Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com