Brutal East Festival vol. 4 - 19.10.2013

Data: 19 października 2013

Miejsce: Kawiarnia FAMA, Białystok

Zagrali: Backsly, Othermind, Nammoth, War-Saw, In Extremis, Christ Agony

To, że wschodnie tereny naszego kraju, zwłaszcza Podlasia, są pomijane przy organizacji większych tras znaczących na metalowej scenie kapel jest sprawą oczywistą. Z tego właśnie powodu grupa zapaleńców z Białegostoku musiała wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizować po swojemu cykliczną imprezę, która wpisałaby się na stałe do koncertowego kalendarza. Brutal East Festival przyjął się, odniósł sukces i każda kolejna jego edycja jest mocno wyczekiwana, więc cel zasadniczy został osiągnięty. Trzy doskonale przyjęte imprezy podnosiły poprzeczkę coraz wyżej, więc pewnym było, że odsłona czwarta musi się odbyć z jeszcze większym przytupem i z jeszcze większą pompą. Do wzięcia udziału zaproszono niekwestionowaną legendę polskiego metalu - formację Christ Agony i karty zostały rozdane.



W dniu 19 października zjawiłem się w Kawiarni „Fama” nieco wcześniej niż zwykle, dzięki czemu miałem okazję przyjrzeć się z bliska próbom kolejnych zespołów biorących udział w festiwalu. Miałem swoich ustalonych faworytów, na których występy czekałem szczególnie, ale wszystko wskazywało na to, że żadna z ekip nie zamierzała być tylko rozgrzewaczem przed kolejną. Z takim nastawieniem, punktualnie o godzinie osiemnastej swój występ rozpoczęła młoda kapela Backsly, która określa swój styl grania jako alternatywny stoner metal, co za każdym razem wprawia mnie w osłupienie. To już drugi mój kontakt z zespołem na żywo i drugi raz stwierdzam, że nie ma w jego graniu ani ułamka procenta grania stonerowego. Backlsy może i jest alternatywny, jednak porusza się w rejonach klimatycznego, mocnego grania z wokalami blackowymi, co kojarzy mi się miejscami ze stylem greckiej formacji Nightfall. Podstawą utworów Backsly jest mocny wokal Karola, jego wyrazista gitara i doskonale budujące klimat klawisze. Nie jest to jednak granie mdłe, miałkie, a klawisze i ich ‘kosmiczne’ brzmienie świetnie uzupełniają te utwory. Słabym punktem jest jednak sekcja rytmiczna, zwłaszcza perkusista, który w kilku jedynie momentach pozwalał sobie na więcej szaleństwa, jednak przez większą część występu grał partie bardzo oszczędne, proste, niemal szkolne. Niewiele jeszcze osób zgromadziło się pod sceną, dlatego w jednym z kawałków klawiszowiec ruszył do akcji, zachęcając, niestety z marnym skutkiem, publikę do aktywności. Mimo wszystko występ ten należał do udanych, chociaż nie jest to do końca ‘moja’ stylistyka. W zespole drzemie potencjał, czuć to wyraźnie, jednak dużo jeszcze przed chłopakami pracy, ale jestem pewien, że jest tylko kwestią czasu wspięcie się na wyższy poziom.

Po przerwie technicznej i rozstawieniu sprzętu scenę zajęła formacja Othermind, dobrze już znana białostockiej publiczności. Doskonale pamiętam koncert z okazji premiery debiutanckiej płyty Initium, wydanej w 2011 roku, na którym zespół pokazał się z mocnej strony, prezentując wyśmienitą mieszankę grania core’owego z death metalem. Nie inaczej było i tym razem. Występ Othermind był bardzo energetyczny, co zachęciło część publiki do zabawy, więc zespół nie pozostawał dłużny i serwował z jeszcze większą werwą kolejne numery. Ze sceny poleciały kawałki znane z ostatniej płyty, ale też dwa zupełnie nowe, nieznane jeszcze nikomu, z których zwłaszcza jeden, zatytułowany Powtórz sekwencję przypadł mi do gustu. Jak zawsze w centrum uwagi był wokalista Łukasz, który udziela się również w formacji Cinis. Jego niespożyte pokłady energii mocno udzielają się publice - nawet tym, którzy nie pofatygowali się pod scenę. Z zapowiedzi wynika, że zespół szykuje nowy materiał, którego zapowiedzią są dwa nowe kawałki, więc jest na co czekać.

Trzeci w kolejności na deskach Famy stawił się ełcki Nammoth. Zespół istnieje od kilku lat, ma na koncie jedno demo z 2009 roku i sporo niezłych koncertów za sobą, także u boku największych polskich zespołów, jak również występy na zagranicznych festiwalach. Muzycy są więc zaprawieni w boju, doświadczeni i niezaprzeczalnie znają się na swojej robocie. Miałem okazję współpracować z zespołem przez krótki czas, wspierać go w promocji kilka lat temu i byłem pełen wiary w jego sukces. Kolejne zmiany składu sprawiły, że zespół wytracił jednak impet i zrobiło się o nim cicho, więc tym bardziej byłem ciekaw, jak obecnie sobie radzi. Ze składu, który miałem kiedyś okazję obserwować w kanciapie na próbie zostali dziś jedynie dwaj gitarzyści, więc mogłem się spodziewać wszystkiego. Niestety, muszę stwierdzić, że występ Nammoth był najsłabszy tego wieczoru. Muzycy są oczywiście mega sprawni technicznie, to nie podlega dyskusji. Gitarzyści męczyli swoje siedmiostrunówki niemiłosiernie, jednak było to dla mnie mocno nieczytelne, chaotyczne, przekombinowane. Prawdę mówiąc, miałem ogromne trudności z rozpoznaniem motywów z utworów, które znałem przecież doskonale katując demo bez opamiętania. Nammoth z zespołu obracającego się w kręgu klasycznego, mocno technicznego death metalu z lekko nowoczesnym zacięciem, przeobraził się w mocno nowoczesny deathcore ze śladowymi ilościami klasycznego grania, co jest kompletnie nie moją bajką. Nie do końca odpowiada mi nowy wokalista, którego styl darcia nasuwa mi skojarzenia ze współczesnymi kapelami, które nie do końca do mnie przemawiają. Jeśli Nammoth zamierza podążać tą drogą, pewnie stracę go z oczu zupełnie przez moje zamiłowanie do klasyki i lekkie uprzedzenie do nowoczesności.

Z trafieniem w mój gust i umiłowanie klasyki nie mieli za to chłopcy ze stołecznego War-Saw, którego thrashowa młócka była jak balsam na moją duszę. To już trzeci koncert zespołu, w którym uczestniczyłem, w tym drugi w Białymstoku i za każdym razem wypadają panowie lepiej. Każdy koncert grany był z innym perkusistą i to właśnie z powodu kolejnej zmiany na tym stanowisku set War-Saw został skrócony do sześciu jedynie numerów. To jednak wystarczyło, by rozgrzać publikę, obudzić w niej pokłady świeżej energii i wprawić łby w rytmiczne machanie. Chwytliwy, klasyczny thrash metal trafiał idealnie w mój, i nie tylko mój gust, a kolejne numery wzmagały jeszcze większy apetyt. Zespół zagrał cztery znane już kawałki oraz premierowy, nie grany wcześniej Kill or be killed z tworzonego aktualnie, nowego materiału. Jeśli inne numery będą utrzymane na podobnym poziomie, szykuje się nam kolejny solidny materiał po bardzo udanej debiutanckiej płycie Nuclear Nightmare. Na zakończenie występu poleciał jeszcze jak pocisk w stronę publiki cover niezniszczalnego Kreatora - entuzjastycznie przyjęta Phobia. Na koniec został lekki niedosyt, ale należało zrozumieć, że niedawna zmiana perkusisty niejako wymusiła taką sytuację. Może następnym razem będzie dłużej.

Przed gwiazdą wieczoru białostockiej publiczności zaprezentował się doświadczony i poważany In Extremis z prężnie działającym Mariuszem na froncie. Pasja chłopaków do muzyki pozwoliła zespołowi przetrwać na scenie, mimo zawirowań, siedemnaście długich lat. W tym czasie udało się zrealizować kilka materiałów demo oraz tegoroczną płytę Screaming Poetry, która jest niejako zwieńczeniem i ukoronowaniem tych lat tułania się po podziemiu. Nic dziwnego, że koncert obfitował w utwory ze wspomnianej płyty, którą zespół promował i promować będzie grając koncerty u boku tak uznanych zespołów jak Quo Vadis czy Percival Schuttenbach. Nie zabrakło zatem utworu tytułowego, mojego ulubionego Maybe Tomorrow czy brawurowo wykonanego coveru Mother z repertuaru Danziga. W tym kawałku gościnnie na scenie pojawił się Bielem z formacji Cinis i Sinful Souls, który zagrał partie gitary wraz z solówką. Publika bawiła się świetnie przez cały występ raz po raz skandując chóralnie nazwę zespołu, więc zespół z pewnością poczuł się doceniony. Nie raz pod sceną ostro się zakotłowało, w ruch poszły włosy, a w powietrze wzbił się kurz. Gwiazda wieczoru miała więc ułatwione zadanie, bo ‘gotową’ do akcji i solidnie rozgrzaną publikę dostała jak na tacy.

Zanim jednak Cezar i jego koledzy rozpoczęli swoje misterium, długo kazali na siebie czekać. Zwijanie całego dotychczasowego majdanu i rozstawianie własnej perkusji i reszty zajęło sporo czasu, ale warto było czekać jeszcze dłużej. Christ Agony to kolejny ważny dla mnie zespół, który w pewnym stopniu wpłynął na mój gust, więc było to dla mnie kolejne w tym roku spełnienie młodzieńczych marzeń. Muzykę zespołu poznałem w początkowych latach 90-tych, jednak najbardziej upodobałem sobie płytę Elysium wydaną u ich schyłku. To na utwory z tej właśnie płyty obok równie znakomitej Unholyunion czekałem najbardziej i kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki Sadness Of Immortality niczego więcej nie potrzebowałem. Cezar ze swoją kamandą serwował jednak co i rusz kolejne perełki z wcześniejszych i nieco bardziej współczesnych lat, więc każdy powinien być usatysfakcjonowany. Widać było wyraźnie, że nie ma osoby, która byłaby niezadowolona z doboru kawałków. Cezar z Reyashem od początku uderzyli z wielkim impetem i wściekłością, a publika odwdzięczyła się tym samym. Sama mimika Cezarego robiła niezłe wrażenie. Wyglądał jak człowiek opętany, w amoku wywracając oczy i strojąc groźne miny. Wszędzie było go pełno, kilkakrotnie zamieniał się miejscami z Reyashem i obaj nawiązywali kontakt z publicznością, co jest bardzo ważne. Dużo ruchu na scenie, dużo szaleństwa, przez co miałem ogromne problemy ze zrobieniem dobrych zdjęć. To jednak nie miało większego znaczenia, liczyła się tylko muzyka i ta niesamowita atmosfera. Christ Agony zagrało długi i zróżnicowany set, zdecydowanie najlepszy podczas tej odsłony festiwalu i zaryzykuję stwierdzenie, że był to również chyba najlepszy występ ze wszystkich czterech edycji Brutal East Festival. Strach zatem pomyśleć co będzie dalej, przy okazji kolejnych odsłon, a w to, że one będą chyba nikt nie wątpi.

Dawno nie było w Białymstoku i na całym Podlasiu tak dobrej, dobrze zorganizowanej i co ważne - świetnie nagłośnionej (to już norma przy Brutal East Festival) oraz naszpikowanej solidnymi kapelami cyklicznej imprezy, która zebrałaby w jednym miejscu kilka setek ludzi. Ekipie Brutal Teamu ta sztuka się udała. Oby ta passa trwała jak najdłużej!

[GALERIA ZDJĘĆ]


Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com