14.11.2013 - DEATH To All

 

Data: 14 listopada 2013

Miejsce: Progresja, Warszawa

Zagrali: Darkrise, Obscura, Death

Minęło już dwanaście lat odkąd śmierć odebrała światu, w którym przyszło nam żyć, jednego z ważniejszych i najbardziej wpływowych muzyków w historii rocka, Chucka Schuldinera, a całe rzesze ludzi na całym świecie w dalszym ciągu darzą go oraz to, co po sobie zostawił, wielkim szacunkiem. Nic więc dziwnego, że pomysł, aby ruszyć w trasę koncertową z repertuarem zespołu Death, granym przez muzyków, którzy współpracowali z Schuldinerem, przyjął się w minionym roku za oceanem i okazał się wielkim sukcesem. Pomysł przeniesiono na Europę i kolejny raz był to strzał w dziesiątkę. Do naszego kraju ekipa zajechać miała na dwa występy, a pierwszy z nich odbył się w warszawskiej „Progresji”, która tego dnia przeżywała prawdziwe oblężenie.


Kiedy po obowiązkowych macankach na bramce weszliśmy do klubu, w środku nie było jeszcze zbyt wiele osób. W szatni luzik, na sali kilkanaście osób, w tym z pięć już kurczowo trzymało się barierek, a przy stoisku z merchem coraz dłuższa kolejka. Przyznać trzeba, że koszulek pamiątkowych było pod dostatkiem, w różnych konfiguracjach, ale ich ceny mogły odstraszać. Koszulka z trasy (w cale nie rewelacyjnej jakości) w cenie 70 zł to rozbój w biały dzień, ale co zrobić - raz się przecież żyje. Tego samego zdania było całe mnóstwo ludzi, więc interes kwitł. Po małym rekonesansie w klubie zajęliśmy dogodne pozycje mniej więcej pośrodku sali i punktualnie o godzinie dziewiętnastej, a nawet dwie minuty przed czasem, swój występ rozpoczęła zupełnie mi obca załoga z Darkrise. Od pierwszych dźwięków uszy zaatakowała nawałnica pokręconych, pogmatwanych dźwięków mocno technicznego death metalu. Niestety słuchanie tego występu było mocno uciążliwe z dwóch powodów. Po pierwsze nagłośnieniowcy mocno przesadzili z „volume” i już po kilku minutach potwornego hałasu bolały uszy i głowa. Na szczęście Darkrise posłużyli za króliki doświadczalne i na kolejnych kapelach było znacznie lepiej. Drugi powód to niestety nieciekawe utwory. Zespół dużo kombinował i wydziwiał, aż przekombinował. Jak lubię techniczne granie i ekwilibrystykę podaną z głową, tak Darkrise zwyczajnie do mnie nie trafia. Wszystkiego jest za dużo, nie ma powtarzających się motywów, tylko ciągłe łamanie, kombinacje, a brak zwyczajnego, prostego i solidnego przyłożenia. Mimo wszystko występ miał swoich oddanych odbiorców, bo trzech starych wyjadaczy z Białegostoku od pierwszych sekund zaczęła robić pod sceną solidny młyn. Wyglądało to trochę komicznie, gdy cała zgraja młodych chłopców stała i tupała nóżką, patrząc tylko po sobie i wymieniając głupie uśmieszki, jakby byli na koncercie w filharmonii, do której nagle wpadło trzech przypadkowych oszołomów. Drodzy chłopcy! To jest METAL, a nie filharmonia! Niektórzy uważali, aby przypadkiem żaden nie nadepnął mu na nóżkę, lub robili obrażone miny, gdy się któryś otarł ramieniem. To smutne, że dzisiejsza młodzież nie wie co się robi na metalowych koncertach. Polecam obejrzeć kilka starych koncertów z lat osiemdziesiątych. Największą atrakcją koncertu Darkrise było więc obserwowanie, jak bawi się trzech dużych, starych chłopów i zerkanie na zegarek, kiedy ten występ się skończy. Na szczęście nie trwał długo.

Druga z kolei banda to już znacznie lepiej spędzony czas. Obscura nie należy znów do moich ulubionych zespołów, a raczej twórczość jego znam jedynie fragmentarycznie, odsłuchując kilka zaledwie kawałków przed koncertem, a jednak potrafił zaciekawić mnie na tyle, że mam ochotę zapoznać się z jego dorobkiem. Tym razem brzmienie było dużo bardziej czytelne, bez przesadnej głośności, a do tego sama muzyka też znacznie wyższych lotów. Słychać, że panowie mocno inspirują się dokonaniami Death oraz Cynic. Techniczny death metal ze sporą dawką melodii podobał się znacznie liczniejszej publice. Sala była już mocno napchana i zrobiło się duszno i ciasno, a pod sceną spora grupa fanów świetnie się bawiła. Sam zespół również doskonale się czuł mając takie przyjęcie. Wokalista swoją manierą bardzo przypominał Chucka Schuldinera, a do tego styl granych przez niego solówek nasuwał kolejne skojarzenia. Nie sądziłem, że tak wiele osób będzie znało poszczególne kawałki, ale widać było, że wielu przyszło chyba głównie na występ tej formacji, bo każda zapowiedź kolejnego numeru była przyjmowana wręcz entuzjastycznie.

Ja jednak przyjechałem zobaczyć zespół grający kompozycje, które mocno wpłynęły na ukształtowanie mojego muzycznego gustu, więc po zakończonym występie drugiego supportu moje zniecierpliwienie sięgnęło zenitu. Na rozpoczęcie koncertu Death przyszło nam jednak jeszcze trochę poczekać. Niemniej jednak prawie równo o godzinie dwudziestej pierwszej zgasły światła na scenie, zabrzmiało intro, a po chwili do akcji włączył się słusznej postury Sean Reinert i już było wiadomo, że za chwilę zabrzmi numer rozpoczynający płytę Human, czyli Flattening Of Emotions. Podniosła się wrzawa, a spora część publiczności ruszyła od razu do szalonej zabawy. Ja z początku byłem nieco zbyt oszołomiony, a do tego dziwne, trochę nieczytelne brzmienie wywołało mały grymas na twarzy. Wraz z upływem kolejnych kawałków sytuacja się poprawiała, jednak chwilami trudno mi było rozpoznać jaki utwór akurat zespół gra, a przecież znam je na pamięć od dobrych kilkunastu lat. W dalszej kolejności poleciały numery z najbardziej deathmetalowej w klasycznym pojęciu płyty, czyli z Leprosy. Zagrane praktycznie bez przerwy numer tytułowy i Left To Die mocno nadwerężyły mój kark, jednak najlepsze było jeszcze przede mną. Suicide Machine przyjęto z euforią, czyli wiadomo było, że największy nacisk panowie położą na płytę Human, którą w końcu wszyscy, nie licząc śpiewającego Phelpsa, nagrywali razem z Chuckiem. Ja najbardziej jednak liczyłem na killery z mojego ulubionego Spiritual Healing i nie zawiodłem się. Brawurowe wykonanie kawałka tytułowego i Within The Mind pamiętam do teraz, ilekroć gwałtowniej poruszę szyją. W dalszej części dostaliśmy popis wirtuozerskich umiejętności pana DiGiorgio, który oprócz wywijania na basie i robienia groźnych min do publiki zajmował się również konferansjerką. Swoją drogą wyglądał dość osobliwie z długą, siwą brodą dziada borowego. Nobliwy pan był mistrzem ceremonii.

Mniej więcej w połowie koncertu światła na scenie ponownie całkowicie zgasły, a na zawieszonym z tyłu ekranie wyświetlono kilkuminutowy film prezentujący sylwetkę Chucka, jego zdjęcia prywatne i koncertowe, fragmenty wypowiedzi oraz prezentację okładek, które cała sala długo oklaskiwała. To jednak nie był koniec atrakcji. Po doskonałym wykonaniu Zombie Ritual DiGiorgio zaprosił na scenę wokalistę i perkusistę z zespołu Obscura, z którymi zagrał najgoręcej chyba przyjętego Spirit Crushera. Dobrze, że pan Reinert nie grał tego kawałka, bo mam wrażenie, że nie dałby rady. Swoje partie odkrywał chwilami dość nonszalancko, pomijając ważne zagrywki perkusistów grających na poszczególnych płytach. Za to Paul Masvidal był w doskonałej formie. Co prawda chwilami sprawiał wrażenie, jakby był mocno ‘pod wpływem’ chodząc w kółko, lub wykonując dziwne ruchy, a do tego wyglądał bardziej jak model, prezentując okazałą muskulaturę, niż muzyk metalowy. Najsłabiej z całej ekipy wypadał Phelps, którego sposób śpiewania, nieco podobny do Chucka, pozostawiał jednak wiele do życzenia. Również partie solowe Schuldinera interpretował raczej po swojemu. To jednak niewielkie mankamenty, które nijak nie wpływały na cały występ. A ten jeszcze się nie kończył. Usłyszeliśmy więc m.in. nieśmiertelne Crystal Mountain, Together As One, czyli kolejny powrót do płyty Human, czy kultowe Pull The Plug. Kiedy zespół zaczął się żegnać, nikt nie wierzył, że to już koniec, że nie zagrają żadnego bisu. A jednak. Mimo głośnego klaskania, krzyku i próśb o jeszcze, panowie pozostali nie wzruszeni i nie zagrali nic więcej. Szkoda, bo obserwując setlisty innych koncertów wiedziałem, że na bis grają jeszcze przynajmniej Lack Of Comprehension. W Warszawie tego numeru, jak zresztą i wielu innych, zabrakło.

Równie półtorej godziny to mimo wszystko i tak ogromna frajda i niesamowite wspomnienia. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek będzie okazja zobaczyć w naszym kraju taki skład grający taki repertuar. Ja jestem szczęśliwy, że mogłem tam być i posłuchać na żywo utworów, które dotąd znałem tylko z płyt, a które mnie i tysiące ludzi elektryzują do dziś, mimo, że zespół zakończył żywot razem ze swoim twórcą.


Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com