Brutal East Festival vol. 5 - 01.03.2014

 Data: 1 marca 2014

Miejsce: Kawiarnia FAMA, Białystok

Zagrali: Heuresis, Wicked Side, Prafuria, Loathing, Terrordome, Trauma

Piąta odsłona największego metalowego festiwalu na wschód od Wisły, czyli białostockiego Brutal East Festival, była odsłoną wyjątkową z kilku powodów. Po pierwsze, jeśli wszystko dobrze pójdzie, po niej będzie edycja szósta, a to już zaledwie krok do 666, na którym pewnie pojawi się sam Książę Ciemności w roli gwiazdy wieczoru. Po drugie, po ogłoszeniu naboru kapel chętnych do wzięcia udziału w imprezie napłynęła chyba rekordowa (z dotychczasowych edycji) liczba zgłoszeń, co napawa optymizmem na przyszłość i pokazuje stale rosnące zainteresowanie festiwalem. Po trzecie wreszcie, obsługa lokalu (ochrona) przy wejściu była miła, uśmiechnięta, przyjaźnie nastawiona do przybyłych, a do osób z listy gości, w tym do mojej skromnej osoby, zwracała się po imieniu, czy nawet, ku mojemu zdziwieniu, pieszczotliwie. Kto bywał na edycjach poprzednich ten wie, że ten element całego wydarzenia mocno dotychczas kulał.

Kolejnym zaskoczeniem na plus był fakt, że pierwszy występ rozpoczął się trzy minuty przed czasem. To wykopany z grobu, deathmetalowy Heuresis dostąpił zaszczytu otwierania koncertu i jak widać, mocno się panowie niecierpliwili. Ta formacja to nie są debiutanci. Zespół założony przeszło dekadę temu powstał z martwych i zaatakował świeżą EPką „Inhumane Requiems”. Obecnie tworzony przez muzyków m.in. takich formacji jak Sinful Souls, Memembris, Pigface Beauty czy Devilish Impressions, od samego początku zaczął bez litości. Solidnie brzmiący, masywny, brutalny i mocno techniczny death metal przypadł mi do gustu, podobnie jak kilku innym osobom pod sceną, chociaż na początku było bardzo dużo wolnego miejsca. Dobre, szybkie tempo napędzane przez Beny’ego, który po raz kolejny zaskoczył mnie finezją wywijanych łamańców, utrzymane było przez cały występ. Świetnie prezentował się również basista, popisujący się co i rusz świetną techniką grania kciukiem. Występ jak najbardziej udany był mocnym otwarciem imprezy. Zdecydowanie należy przyjrzeć się poczynaniom kapeli bliżej i koniecznie zapoznać się z ostatnim wydawnictwem.

 

Po brutalnych dźwiękach przyszedł czas na dźwięki klasycznie heavymetalowe, a białostocki Wicked Side, który wkrótce będzie świętował swoje pięciolecie, takich dźwięków dostarczył całe mnóstwo. Ten występ był zdecydowanie najlepszym ze wszystkich, na których byłem, a byłem co najmniej na pięciu. Zespół ciągle pracuje nad wydaniem debiutanckiego albumu, więc liczyłem na jakieś obszerniejsze zwiastuny, ale zespół zaserwował zebranym miks utworów doskonale znanych z pierwszego demo i EPki oraz co najmniej jeden, z tego co zapamiętałem, którego nigdzie jeszcze nie opublikowano, a który słyszałem już na poprzednim koncercie. Najlepiej moim zdaniem wypadł tego wieczora utwór będący wizytówką zespołu, czyli przebojowy „Wicked Side” ze świetnym, prostym, ale chwytliwym riffem. Był to najlepszy występ zespołu również ze względu na niemal idealne zgranie muzyków i energię płynącą ze sceny. Dobrze wypadł perkusista, który trzymał wszystko w kupie, co nie zawsze mu się udawało. Obyło się tym razem bez wypadających pałeczek, a dodatkowo Przemek zrobił spore postępy w grze na podwójnej stopie. Także z tego powodu ciekaw jestem nowych kawałków, a w związku z tym nowego wydawnictwa płytowego.

 

Po dawce tradycyjnego heavy metalu mieliśmy dostąpić zaszczytu bycia zmiażdżonymi. Ełcka Prafuria, wedle zapowiedzi, miała zrobić rozpierduchę i... mimo, że jej muzyka kompletnie do mnie nie trafia, faktycznie tak było. Nie trawię metalcore'a, deathcore'a i wszelkich nowomodnych dziwactw, ale przyznać muszę szczerze, że Prafuria to w pełni zawodowa ekipa gotowa na podbijanie nie tylko naszego kraju. Nawet przeciwnicy takiej muzycy musieliby być głusi i ślepi, żeby nie zauważyć, że ta groźnie wyglądająca załoga to profesjonaliści niemal w każdym calu. Od samego początku uderzyli z właściwą dla siebie furią, a to nie pozostało bez reakcji. Publika od pierwszych chwil wyrwała się do robienia młyna i chwilami było naprawdę gorąco. Osobniki słabsze mogły zostać stratowane w tym szale, ale to tylko pobudzało zespół do krzesania jeszcze większych pokładów energii i agresji, która lała się ze sceny strumieniami. Fenomenalnie zaprezentował się perkusista, który jest moim zdaniem najmocniejszym ogniwem tego łańcucha, obok wokalisty, który dysponuje niesamowitą mocą w gardle i potrafi ją na własne potrzeby okiełznać - głęboki growl, screamy, momenty 'quasi' rapowane - to tylko ułamek jego możliwości. Wiem, że zespół powrócił z dalekiej podróży i szykuje mocny atak. Zdaje się, że odnowiony skład z gitarzystą Nammoth zyskał nowe życie. Premierowy kawałek zaprezentowany podczas tego koncertu zdaje się być zapowiedzią nowego materiału i został przyjęty doskonale, podobnie jak cover Sepultury (zaryczany z gościnnym udziałem wokalisty Bombshelter), przy którym pod sceną się zagotowało. To bardzo udany występ, chociaż muzycznie jest mi z Prafurią zupełnie nie po drodze. Witamy ponownie wśród żywych!

 

Na kolejny zespół czekałem szczególnie niecierpliwie, bo techniczny death groove metal, jaki znalazł się na najnowszym albumie i poprzedzającej go EPce tej kapeli trafia bardzo celnie w moje gusta. Warszawski Loathing był na scenie dużo bardziej statyczny w porównaniu z Prafurią, ale za to nadrabiał doskonałym doborem kawałków. Dostaliśmy przekrój przez całą karierę zespołu, czyli kompozycje z najnowszej płyty „We Are The Hunt”, ale też i kilka staroci. W muzyce Loathing słychać sporo nawiązań do twórczości Death, ale też takich formacji jak Voivod czy nawet Mekong Delta w tych bardziej zaawansowanych technicznie fragmentach, a trochę ich było. Zespół nie zamyka się jednak w żadnej szufladzie, łączy różne style i to się sprawdza także na żywo. Przyjęcie nie było tak żywiołowe jak podczas wcześniejszego występu, bo wraz z Prafurią zniknęła też część publiki, która przybyła chyba wyłącznie dla nich. Niemniej znalazło się również kilku, którym dźwięki prezentowane przez Warszawiaków przypadły do gustu, więc zespół nie mógł narzekać na słabe przyjęcie. Na koniec wyszło jeszcze małe nieporozumienie między muzykami, bo okazało się, że źle obliczyli czas swojego seta i skończyli sporo przed czasem, by po kilku chwilach zagrać jeszcze raz - niestety już dla przerzedzonej publiki, która przekonana o końcu występu zwyczajnie „poszła na fajka” - zdarza się. Tak czy inaczej, Loathing pokazał się białostockiej publiczności z bardzo dobrej strony. Najlepsze jednak było jeszcze przed nami...

 

Z dalekiego Krakowa doturlała się do Białegostoku kapela wyjątkowa. Dawno nie było u nas koncertu kapeli, która by zostawiała słuchaczy z rozdziawionymi gębami, a Terrordome się ta sztuka udała. Crossover/thrash, czyli połączenie pierwotnej energii punk rocka i mocy, szybkości oraz agresji thrash metalu, chłopaki musieli wyssać z mlekiem matki, bo to, co zrobili na deskach „Famy” nie jest rzeczą do wyćwiczenia. To żywiołowe, zabójczo szybkie granie wypływało z chłopaków tak naturalnie, że odnieść można było wrażenie, że robią to od zawsze. Set bardzo zwarty, krótki, żywiołowy, szalony, bez dłużyzn, tylko z szybką jazdą bez trzymanki. Kto chciał poszaleć pod sceną, mógł doznać kontuzji, a headbanging wiązał się z ryzykiem skręcenia karku, jednak znalazło się sporo odważnych. Pot i piwo lały się strumieniami, a stały punkt występów Terrordome, czyli pojenie publiki piwem z 'beerbonga' spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. Sam zestaw kawałków był dobrany w taki sposób, aby zmęczyć zgromadzonych maksymalnie. Perkusja Mekonga narzucała niewiarygodne tempo, ale reszta załogi nie pozostawała w tyle. Wykrzykiwane przez Uappę z szybkością karabinu kolejne frazy tekstów trudno było zrozumieć, ale kto by się tym przejmował. Poleciały największe hity zespołu, a jest ich już całkiem sporo. Z tego co dowiedziałem się z rozmowy z Uappą, zespół przygotowuje się do kolejnej płyty, ale zanim ta się pojawi, przygotowano materiał kompilacyjny, na który trafiły wybrane numery z demo, EPek i inne cudeńka - sprawdźcie! Wart odnotowania jest fakt, że na koncercie białostockim basistę Toma The Sroma zastąpił członek Raging Death, który z opanowaniem niełatwego materiału poradził sobie ponoć w tydzień. Sprawdził się świetnie, a cały występ wypadł chyba lepiej niż sam zespół oczekiwał. Jestem pewien, że rozochoceni takim przyjęciem zawitają do Białegostoku jeszcze nie raz. Póki co, w naszych rejonach pojawią się na festiwalu Rock na Bagnie już w lipcu, a takiej okazji nie wolno przegapić.

 

Występ Krakusów przygotował gwieździe wieczoru grunt, czyli rozgrzał publikę, dzięki czemu Trauma miała nieco ułatwione zadanie. Sądzę jednak, że i bez żadnego supportu poradziliby sobie weterani death metalu znakomicie. Ta nazwa to już legenda. Ponad dwadzieścia lat na scenie, siedem albumów studyjnych i ciągle niesłabnąca forma koncertowa. Ostatni koncert Traumy w Białymstoku, w którym brałem udział, odbył się bodajże cztery lata temu. Wtedy publika nie dopisała, ale to było do przewidzenia. Tego dnia Jagiellonia Białystok grała decydujący mecz w Pucharze Polski, więc piłka nożna wygrała z metalem. Tym razem na liczebność nie można było zbytnio narzekać, chociaż daleko było do tłumów. Zespół zaprezentował się jednak z jak najlepszej strony, jakby grał dla pełnego stadionu. Początkowo niemrawo jeśli chodzi o ruch sceniczny, ale z każdym kawałkiem panowie się rozkręcali, nawet bardzo słusznej postury Mister - kapitan tego okrętu oraz wokalista Chudy. Skład poszerzono o dwóch muzyków, którzy nie brali udziału w nagraniach najnowszej, wydanej w minionym roku, świetnej płyty „Karma Obscura”, a to wpłynęło dodatkowo na siłę ataku ze sceny. Ponownie tego wieczoru zostaliśmy uraczeni setem przekrojowym, w którym kompozycje najnowsze, ciepło przez publikę przyjęte, mieszały się z wybranymi klasykami z obszernej dyskografii. Zaznaczyć trzeba, że koncert Traumy wypadł najlepiej pod względem brzmienia, chociaż przez całą imprezę dźwiękowcy spisywali się doskonale. Tu jednak w końcu porządnie zabrzmiała perkusja, może z racji zastosowania triggerów (tego nie jestem pewien). Idealne brzmienie werbla i centralek odbijało się echem w głowie i nadawało ton całemu wydarzeniu. Publika przy kilku numerach popadała wręcz w amok, który udzielił się również ekipie Brutal Teamu - organizatorom festiwalu, co było widokiem dość niecodziennym. Największym minusem występu Traumy była jego długość. Kiedy wydawało się, że jesteśmy gdzieś w połowie seta, lub lekko za, frontman zapowiedział, że za chwilę poleci ostatni numer, co trochę mnie zaskoczyło. Ostatecznie i tak musiałem zwinąć się z „Famy” już kilka chwil później ukontentowany tym, co zobaczyłem i usłyszałem, a w drzwiach dobiegły mnie jeszcze dźwięki kolejnego kawałka granego przez Traumę i nie jestem tego pewien, ale zdaje się, że był to cover Slayera (niech ktoś mnie wyprowadzi z błędu).

 

No i już... piąta edycja Brutal East Festival przeszła do historii. Wszystko wskazuje jednak na to, że ciąg dalszy nastąpi. Niesłabnące zainteresowanie motywuje do dalszego działania, więc jestem pewien, że kwestią kilku miesięcy będzie ogłoszenie terminu edycji kolejnej i rozpoczęcia naboru. Musicie więc być czujni, bo nie znacie dnia, ani godziny!

Atrej

© Brutaleast | Design by: LernVid.com