Evil Machine - "Metal jest brudny i śmierdzący Piekłem"

Takiego zespołu i takiego grania dawno u nas nie było. Nawet jeśli wielu próbowało przywoływać duchy „tamtych lat”, wskrzeszać trupy i dawać im nowe życie, to niewielu udawała się ta sztuka tak, jak udała się ekipie, którą zrodziła podlaska ziemia. Projekt Evil Machine powołali do życia muzycy związani obecnie (lub w przeszłości) z takimi kapelami jak Vader, Hate, Dead Infection. Kiedy pojawiła się pierwsza płyta było już pewne: ta Maszyna Zła to w końcu działający wehikuł czasu. O budowaniu tego wynalazku, pierwszych ‘crash testach’ i wreszcie - pierwszej udanej podróży w czasie opowiedział Semihazah - gardłowy

 

 

Evil Machine to swoisty dream-team, a w składzie prawie same gwiazdy z mniej lub bardziej znanych w Polsce kapel. W jakich okolicznościach zrodził się pomysł zmontowania takiego składu? Zdaje się, że Hal trzyma tu lejce i ma największą władzę, zgadza się?


Zaraz tam: dream-team… To nie jest trafny ogląd Evil Machine, bowiem nie było założeń typu: zbieramy „gwiazdy”, nagrywamy przebojowy materialik i liczymy kasę. A „dream-teamy” często po to właśnie powstają. Evil Machine to zespół, w którym grają kumple, a że młodzi nie jesteśmy, to i koledzy zdążyli mocno zaistnieć na scenie. Absurdalna byłaby sytuacja, gdybym zaczął szukać do zespołu 20-letnich „gniewnych-zdolnych”, po czym robił im wykłady o muzyce z lat 80. i 90. O zespole, który grałby mniej więcej jak hordy, na których się wychowaliśmy, gadaliśmy z Halem podczas wielu imprez. Gadanie szło nam świetnie, gorzej - szukanie ludzi, których ta inicjatywa również by interesowała. Jednak po jednym z takich spotkań, pewnego - nazwijmy to eufemistycznie - późnego wieczora, natknąłem się na Cyjana, któremu powiedziałem o pomyśle. Sławkowi idea wydała się na tyle interesująca, że po paru dniach zadzwonił, czy sprawa jest aktualna. Innymi słowy - sprawił, że idea nabrała realnych kształtów. I choć skład „studyjny” był gotowy, bo Hal nagrałby zarówno ścieżki gitar, jak i basu, to zaproponowałem dołączenie do Evil Machine Cyprianowi, który wtedy jeszcze grał w Hate, ale propozycja padła, kiedy nagrywał w Hertzu płytę z Pyorrhoea. I też nie zrobiłem tego dlatego, że Cyprian to „gwiazda”. Owszem, uważam, że jego umiejętności stawiają go na firmamencie basistów, ale to cholernie skromny i bardzo pozytywny człowiek, który - jak sądzę - doskonale pasuje do Evil Machine, a Evil Machine do niego. Odpowiadając zaś na drugą część Twego pytania: z powyższego widać chyba, że lejce w Evil Machine są dzielone (śmiech). Ja odpowiadam za tzw. koncepcję, teksty, zapraszanie bezcennych gości i - nazwijmy to umownie na wyrost - promocję zespołu. Hal jest natomiast „mózgiem” w kwestiach muzyki, kompozycji, aranżacji. Ja nie jestem muzykiem, więc moje „fachowe” uwagi ograniczały się do: „Więcej Hellhammer, k…a!” (śmiech). Do tego należy dodać niebanalne umiejętności Hala jako plastyka i grafika komputerowego. Cyjan i Cyprian to - jako sekcja rytmiczna - silnik tej evil machine. Bez nich nie jedziemy.

 

Od momentu założenia zespołu, do wydania „War in Heaven” minęło ładnych parę latek. Rozumiem, że to głównie z powodu braku czasu większości. Jak zatem tworzyliście te numery? Wiadomo, że Hal tworzy muzę, ale trzeba to kiedyś ograć na próbach. Długo nad tym materiałem siedzieliście?


Hal - jeśli ma czas - to kawałki dla Evil Machine tworzy błyskawicznie, więc jakichś poważnych dylematów kompozytorskich nie było. Inna sprawa, że z wolnym czasem było u niego średnio, a teraz jest słabo. Cyjan też nie dysponuje oceanem wolnych godzin. Cyprian jest z Warszawy i z pewnością ma ważniejsze sprawy niż wpadanie do Białegostoku co tydzień. To raz. Dwa - spowalniały nas zmiany miejsc, w których nagrywaliśmy. A nawet jak już wiedzieliśmy, że wokale na pewno zrobimy w Studnia Studio, to i tak robiliśmy to na raty, bo trzeba było skorelować terminy Piotrka Polaka, Hala i moje. Do tego trzeba dodać czas, w którym zaproszeni goście mogli nagrać swoje partie. A na koniec wszystko by się rozbiło o kwestię miksu. Szło to tak opornie, że w końcu prawie zabrakło mi „paliwa” do doprowadzenia całości do końca. Gdyby nie nieoceniona pomoc Sławka Wiesławskiego z Hertz Studio, to prawdopodobnie „War in Heaven” by nie było. A na koniec trzeba było najnormalniej na świecie poszukać wydawcy, bo taki z nas wielki „dream-team”, że jakoś szefowie Nuclear Blast i Century Media się o nas nie bili. Co do ogrywania materiału na próbach, to powiem tylko tyle, że były one symboliczne.

„War in Heaven” to swoisty hołd złożony kapelom, na których się wychowywaliście. Nie mieliście obaw, że tego nikt nie kupi? Po co kupować płytę naśladowców, skoro można posłuchać oryginału. Nie myśleliście o tym w ten sposób?


Gdybyśmy myśleli we wspomniany przez Ciebie sposób, to byśmy sobie tym wszystkim głowy nie zawracali. Nie „tracili” czasu, nie wydawali własnych pieniędzy, nie przeszkadzali innym… Historyczne hołdy zwykle oznaczały dla składającego je wydatki lub straty różnej natury, zatem bogatsi o doświadczenia dziesiątków pokoleń, byliśmy przygotowani, że i my się nie wzbogacimy. Choć nie mam racji - wzbogaciliśmy się o przyjemność zrobienia i nagrania tego materiału. No a to jest bezcenne. Za resztę płacimy czarnymi kartami kredytowymi American Express Centurion, które wydawca wręczył nam na czerwonych poduszkach. Z frędzlami.

Ja oczywiście jestem kupiony i płyty słuchałem z wypiekami na twarzy. A jaki jest odzew z metalowego półświatka i od słuchaczy? Wiadomo, że kumple z innych kapel powiedzą Wam co innego, a przeciętny zjadacz chleba patrzy na sprawę nieco inaczej, bardziej krytycznie. Można już powiedzieć, że Evil Machine to był strzał w dychę?


A Pan Wydawca pewnie patrzy jeszcze inaczej… (śmiech). Akurat podczas odpowiadania na to pytanie, dostałem od Hala sms-a, że gość z Ondskapt i Valkyrja powiedział mu właśnie, że czeka na „dwójkę” Evil Machine, bo „jedynka” bardzo mu się podoba. I Hal zarzekał się, że wcale tego Szweda nie upił, żeby wydusić od niego takie zeznania. Zgrai, która „War in Heaven” nagrała, płyta również się podoba, choć oczywiście nie bezkrytycznie. Od paru wielce cenionych przeze mnie zawodników polskiego undergroundu - muzyków i/lub wydawców zine`ów - otrzymałem bardzo pozytywny respons. Zdecydowana większość recenzji jest dobra lub bardzo dobra. Ty nawet wypieków dostałeś, więc czego ja jeszcze mogę chcieć? (śmiech). Choć słyszałem też anonimowe pomruki, że „War in Heaven” jest „bez charakteru”. Cokolwiek to znaczy, to mam w to w dupie, ponieważ takie okrągłe teksty być może pomagają ich autorom, ale dla mnie są bezwartościowe. Zgadzam się z krytyką, że bębny brzmią nie najlepiej. Gdyby ktoś mi zarzucił, że w „Die Hard” prawie pawia puściłem, też się zgodzę, bo to prawda. Choć do tej pory tylko ja o tym wiedziałem (śmiech). Ale krytyki oczekuję konkretnej, a nie popierdółek. Reasumując: Evil Machine to strzał nie tylko w dychę, ale nawet w setkę albo i całego litra. Płyta nagrana, przyjemności dostarczyła, ładnie wydana jest. I basta.

Waszym wydawcą został ziomek z Białegostoku, z którego jest większość z Was. Mieliście inne propozycje, czy Wszechpotężna Arachnophobia nie dała innym szans, od razu łapiąc Was w swe sidła? Z perspektywy dość krótkiego jeszcze czasu uważacie, że to była dobra decyzja?


Po rozesłaniu kilkudziesięciu promówek dostaliśmy dwie propozycje wydania płyty - z Wielkiej Brytanii i USA. Były one jednak tak pokraczne, że korespondencji z tymi wytwórniami nie kontynuowałem. W „pajęczynę” Wszechpotężnej „wpadliśmy” zaś w sposób spontaniczny i radosny. Otóż na spotkanie z Axerem, który przyjechał do Polski na urlop i zorganizował sobie wycieczkę po starych śmieciach w kraju, wziąłem promówkę dla niego i jedną ot tak, na zapas. Od słowa do słowa i Słyżtof, który nieco wcześniej otworzył distro, zeznał podczas imprezy, że startuje z wydawnictwem. No to przynajmniej nie musiałem wracać do domu z drugą promówką. Ponieważ jednak nie miałem żadnej pewności, czy i kiedy Arachnophobia zechce wydać „War in Heaven”, równolegle rozmawiałem z Tomkiem z Pagan Records. No i spotkała mnie wielce przyjemna siurpryza, bo okazało się, że obaj panowie chcą wydać tę płytę. Pewnie ktoś pomyśli, że konfabuluję albo jestem idiotą, skoro wybrałem debiutującą firmę, mając do wyboru taką markę jak Pagan Records. Zdecydował o tym jeden aspekt: czasowy. Krzysiek powiedział bowiem, że wydaje płytę niemal od razu, czyli jesienią 2013 r., natomiast Tomek lojalnie uprzedził, że najwcześniej może ją rzucić na żer w kwietniu 2014 r., a i tego nie obiecuje na 100 proc., ponieważ ma już kilkupłytowe plany wydawnicze, organizuje trasę i zwyczajnie może nie wyrobić się. Ja zaś nie chciałem dalej trzymać tego materiału w łapach. Miałem go wręcz dość. Od momentu nagrania bębnów minęło przecież tyle lat, że nawet skały by się posrały. Może bym się dłużej łamał z wyborem wydawcy, ale - paradoksalnie - o współpracy z Arachną zadecydował Tomek, który powiedział: „Ale z „dwójeczką” to do mnie”. No, jeśli szef - bez przesady - kultowej wytwórni mówi, że chce drugą płytę, jeszcze nie słysząc jej… Nie tylko mnie uspokoił, ale wręcz zarysował dalszą przyszłość Evil Machine (śmiech). Trzeba będzie się spiąć, żeby takiego kredytu zaufania nie zawieść. Oczywiście bez przesady z tym spinaniem. Po prostu będziemy pić podczas nagrywania tyle samo co wcześniej, a nie - więcej. Mniej też nie (śmiech). Natomiast tego, że Evil Machine jest obecnie związane z Arachnophobią, nie żałowałem ani przez chwilę. Krzysiek robi w kwestiach promocyjnych dużo, myślę, że więcej niż zrobiłyby niektóre wytwórnie, istniejące w Polsce od lat. To świetny, uczciwy chłop. Zresztą mówienie o nim jak o debiutancie jest nieporozumieniem. Siedzi przecież w undergroundzie od lat, zna mnóstwo ludzi, wydawał (nie)sławny Arachnophobia zine, udzielał się i udziela w innych plugawych periodykach, a teraz po prostu rozszerzył działalność. Z korzyścią dla undergroundu i - mam nadzieję - dla niego samego, bo bycie Panem Wydawcą nie jest tożsame z byciem jedynie beneficjentem splendoru. Ale widzę, że Arachna bardzo dynamicznie rozwija się, już ma dwa kolejne mocne ciosy w arsenale wydawniczym, czyli Odrazę i Abusiveness. Oby sił wystarczyło na jak najdłużej.

Ponoć jesteście projektem wyłącznie studyjnym i nie ma szans na jakikolwiek koncert, ale taki skład mógłby mieć wzięcie na żywo. Zapytam wprost: Za ile?


Ponoć nie ma ludzi nie do kupienia, ale nie ma też na świecie promotora przy zdrowych zmysłach, który byłby w stanie wyłożyć taką kwotę, która skłoniłaby nas do zastanowienia się nad recitalem. Może Roman Abramowicz dałby radę zaprosić nas na jedną ze swoich sylwestrowych imprez, ale musiałby wcześniej sprzedać drużynę Chelsea. A i tak w końcu pewnie bym odpowiedział na taką propozycję, że zagramy, o ile gwiazdą wieczoru będzie Bathory w składzie, który nagrał trzecią demówkę.

Wyobrażasz sobie taki koncert ze scenografią jak z sesji foto? Wszędzie dymy, łańcuchy, druty kolczaste, akcesoria militarne i ten klimat piwnicy i lat 80-tych. Teledysk w takiej oprawie wypadłby kapitalnie. Nie planujecie takiej formy promocji?


Teledysk koncertowy - z powodów, o których wspomniałem wcześniej - odpada. Skoro nie gra się koncertów, to się nie robi szopki dla obrazka. Entourage, o którym wspominasz, jest bliski memu robaczywemu sercu, ale Hal miał inny - jeszcze bardziej chory i obrzydliwy - pomysł na teledysk. Wydawało się, że realizacja jego idei jest w dodatku niemal bezbolesna dla budżetu, którego nie mamy, ale okazało się, że na kosztach produkcji teledysków to my się słabo znamy. Temat umarł więc, choć niedawno pojawiła się szansa na jego zmartwychwstanie. Ale ponieważ nikła jest, to zamilczę o niej.

Oprawa graficzna płyty, okładka i booklet to robota Twoja i Hala. Wyszło naprawdę świetnie. Nie ma tu ani jednej kolorowej kropki, wszystko jest w odcieniach szarości. Właśnie tak widzicie metal? Szarość, brud, obskurny klimat, prostota i archaiczność? To jest forma przypomnienia tym, którzy zapomnieli skąd wziął się metal? Nie ma miejsca na klawisze, żaboty, różowy kolor i kwiatki?


Przede wszystkim Hala. Ja dostarczałem grafiki, korespondujące z treścią tekstów, a jednocześnie takie, które da się sprowadzić do estetyczno -tematycznego mianownika. Ale to Hal zrobił z tego całość, która naprawdę bardzo mi się podoba, i to wcale nie dlatego, że przyłożyłem do tego rękę. Pobrudził tę całość, pomazał, rozmazał i tylko on pewnie wie, co jeszcze. U Pana Wydawcy zamówiliśmy ohydny, szorstki papier, który pewnie był droższy niż biel kredowa, no i efekt mamy przepięknie obrzydliwy, czyli korespondujący z muzyką Evil Machine. I o to nam przede wszystkim chodziło. A że metal jest brudny, obskurny, wulgarny i śmierdzący Piekłem, to oczywiste. Pewnie jeszcze parę określeń też byłoby na miejscu, ale na pewno nie ma tam tych elementów, które wymieniłeś w ostatnim zdaniu. Ty widziałeś je gdzieś w okolicach metalu? Lepiej przyznaj się, na jakie koncerty chadzasz… (śmiech).

O czym są Twoje teksty? We wkładce są zapisane tak dziwną czcionką i do tego rozmytą, że nie da się ich w całości odczytać.


(śmiech) Żebyś Ty wiedział, ile Hal się napracował, żeby ta czcionka była „dziwna i rozmyta”. To był mój pomysł, ponieważ nie uważam się za twórcę, którego teksty powinny być roztrząsane i poddawane analizie. Gdybym chciał być poetą, to wydałbym sobie tomik na pięknym papierze, organizował spotkania autorskie z sobą samym, ze zgryzoty zapadłbym pewnie na suchoty i młodo umarł. A mnie się nie spieszy. Wiem jednak, że są ludzie, którzy lubią słuchać muzyki, przeglądając książeczkę z wyrykiwanymi tekstami. To bardzo cenny i ginący gatunek fanów, dlatego zdecydowałem się na kompromis: teksty łatwe do odczytania nie są, ale - jeśli ktoś się uprze - to je „odszyfruje”. Dodam więc tylko, że większość tzw. liryków - choć ich inspiracje są bardzo różne - mówi o jednym: o Śmierci. Plus nieco blasfemii i alkoholizowanego Metalu.

Jeden z tekstów to dzieło Cezara z Christ Agony, do tego zaśpiewany przez niego właśnie i to po polsku. Jak doszło do tej współpracy?


Cezar był u mnie przez parę dni i okazało się, że w szeregu kwestii rozumiemy się bardzo dobrze. Jesteśmy w podobnym wieku, wychowaliśmy się na podobnej muzyce, nawet słuchaliśmy tych samych płyt „niemetalowych” zespołów jak np. Tuxedomoon, którego winyl zdumiony Cezar wyszperał w mojej szafce. Pewnie nie podejrzewał mnie o taki brak „ortodoksji”. Ja jego też nie (śmiech). Do tego należy dodać pewne wydarzenia życiowe, które wpłynęły i na niego, i na mnie. Od tego był już tylko krok, żebym zapytał Cezara, czy by gościnnie u nas nie ryknął. A on nie tylko ryknął, ale napisał też świetny tekst. Podczas kolejnej wizyty w Białymstoku nagrał piosenkę o Diable, do której mnie i Halowi pozostało dograć tylko chórki, bo po co poprawiać coś, co poprawiania nie potrzebuje.

Cezar to nie jedyny gość na płycie. W coverze Onslaught zaryczał Peter. Ciężko było go namówić, czy Halowi - kumplowi z jednej kapeli nie można było odmówić? No i czemu akurat ten numer?


Fakt, że Hal jest basistą Vader, w tym przypadku nie miał znaczenia, bowiem Peter zgodził się wesprzeć Evil Machine lata temu, w czasach, gdy nawet ksiądz Piotr „Wiedz, że coś się dzieje” Natanek nie wiedział, że Hal zasili szeregi Vader. Z namówieniem Petera kłopotu nie było żadnego, bo on - choć jest liderem zespołu formatu światowego - ciągle jest też człowiekiem związanym z metalowym undergroundem i po prostu fanem metalu. Byliśmy obaj na imprezce u Krzyśka z Markiz de Sade, a ja - choć znamy się z Peterem od bardzo dawna - nie bardzo wiedziałem, jak go poprosić o gościnny udział w nagraniu. Wiesz, tu Vader, a tu nikomu nieznany band… Zacząłem coś marudzić o solówkach, że chciałbym, żeby ktoś gościnnie zagrał, a Peter od razu moje niezdarne podchody rozszyfrował i powiedział, że jak chcę, to on zagra. Z radości mało zbroi nie ubrudziłem (śmiech). Ostatecznie jednak Peter wyciągnął mnie z opresji i zaryczał w „Onslaught (Power from Hell)”. A dlaczego akurat ten numer? Bo ma ładny tytuł i pochodzi z drugiego tomu elementarza starego metalowca (śmiech).

„Die Hard” to kolejny cover, tym razem Venom. Ich ducha, obok Celtic Frost, czuć też na całej płycie, więc wybór jest raczej oczywisty. „Die Hard” to tak jakby definicja całej płyty, nie wydaje Ci się? Mianem „diehardów” określa się zatwardziałych miłośników czegoś, gotowych niemal oddać za to życie.


Przyznam się, że do tej pory tak tego nie widziałem, ale Twoja interpretacja bardzo mi się podoba. Faktycznie jest to doskonałe podsumowanie konceptu Evil Machine i „War in Heaven”. Widać Wszechmocny Cronos natchnął mnie do wyboru tego akurat kawałka. Jeśli nie będziesz bardzo się drożyć z tytułu praw autorskich, to od tej pory będę przedstawiać Twoją koncepcję jako oficjalnie obowiązującą i jedynie słuszną (śmiech).

Jeśli chodzi o zamiłowanie do metalu, to Ty zdaje się przez lata zajmowałeś się jego promocją. Udzielałeś się w radio i na papierze chyba też. Jak wspominasz tę przygodę i czy działasz na niwie dziennikarskiej w dalszym ciągu?


Wspominając o radiu, sięgnąłeś do prehistorii… Ale faktycznie pod koniec 1992 lub na początku 1993 r. zacząłem współprowadzić audycję „Huta Metali Ciężkich”, która była 45-minutową częścią magazynu „Drzazgi” na antenie Polskiego Radia Białystok. To trwało mniej więcej rok. Dziwię się, że tak długo, bo „straszne” rzeczy puszczaliśmy w niedzielnym prime time. Później współpracowałem z Paganem, pisząc recenzje i robiąc wywiady do katalogu, była też współpraca z Metal Jeers zine i papierowym wypasem Witching Hour Productions. Były to zajęcia równoległe do mojej pracy jako dziennikarza, którym jestem już ponad 20 lat. W dobrych czasach robiłem dla regionalnego dziennika, w którym pracuję, wywiady z takimi kapelami jak MARDUK, DIMMU BORGIR, HYPOCRISY… „Przygoda” trwa nadal (śmiech).

Czy wiadomo coś o przyszłości Evil Machine? Jakie macie najbliższe plany? Wiadomo już, że są szanse na drugi album w niedalekiej przyszłości.


O przyszłości nic mi nie wiadomo. Gdybym miał dar jej przewidywania, to wspomniany Abramowicz występowałby na moich imprezach sylwestrowych. Natomiast drugi album Evil Machine nagrać musimy choćby dla - o ile Tomek się nie wycofa - samej przyjemności ujrzenia swojej płyty z logo Pagan. Jednak o jakichkolwiek terminach wolę nie mówić. Wiadomo, że musi nastąpić „zapłon”. Czyli: siądę do swoich notatek, plików, książek i zacznę pisać w dobrym tempie teksty, po czym zacznę dręczyć Hala, że kawałków jeszcze nie ma. Równie prawdopodobne jest też to, że to Hal znajdzie trochę czasu i machnie błyskawicznie nowe kawałki, a wtedy ja poczuję się zobligowany do działania. Mogę zdradzić, że Cezar powiedział, że ma dwa utwory dla Evil Machine. Czyli znany jest też już jeden z gości. Więcej o żadnych planach mówić nie będę, żeby później nie tłumaczyć się w zine`ach.

Na ten rok przypada niby dziesiąty rok powstania tego projektu. Uczcicie to w jakiś szczególny sposób? Może jakaś impreza nie tylko we własnym gronie, ale z udziałem szerszej publiki?


Rocznicowe świętowanie jest mniej lub bardziej sensowne w przypadku zespołów aktywnych, nagrywających płyty, następnie jeżdżących w trasy itd. W przypadku Evil Machine organizowanie jakiegoś „jubileuszu” byłoby nieautentyczne. Tym bardziej, że ja wcale nie jestem pewien, czy rok 2004 należy uważać za rok powstania zespołu. Natomiast zwyczajna impreza, nawet w bardzo szerokim gronie - jak najbardziej. Wpadaj.

Na dziś to wszystko, będzie więcej, jak będzie druga płyta, albo jakiś koncert. Tymczasem proszę o słowa zachęty dla czytelników, co by sięgnęli po „War in Heaven”. Dzięki!


Jeśli ktoś dotarł do końca tego wywiadu, to prawdopodobnie ma już „War In Heaven” na półce, więc „zanęta” jest zbędna. Natomiast jeśli ktoś płyty nie ma, ale też dotarł do tych słów, to znaczy, że jest „diehardem”, który w starciu z Evil Machine nie polegnie, zatem może krążek nabyć bez obaw, że otrzyma jakiegoś różowe gówno udekorowane żabotami. Dziękuję pięknie za uwagę.

 


Rozmawiał: Atrej
Zdjęcie: Agnieszka Krysiuk

www.arachnophobia.pl
www.facebook.com/evilmachineband

© Brutaleast | Design by: LernVid.com